Zaczynaliśmy w Arushy - sercu i stolicy tanzańskiego safari. To tu znajduje się punkt startowy wielkiej przygody. Miasto niemal codziennie żyje atmosferą podróży - wszędzie widać samochody terenowe, gorączkowe pakowania, ostatnie zakupy.

W dwóch dzielnicach rozdzielonych rzeczką Naura mieszczą się kolonialne centrum z bankami i biurami oraz klimatyczna dzielnica bazarowa z tanimi hotelelami. Kurz unoszący się z podziurawionych jak ser szwajcarski ulic, gwar, ruch i panujący nad Arushą regularny i potężny stożek wulkanu Meru - widoczny niemal z każdego punktu miasta - sprawiają, że klimat tego miejsca jest niesamowity. Jednak to tylko przedsmak tego, co czekało nas w Serengeti.

Oko w oko z bestią

Kolejny afrykański dzień zaczął się fatalnie. Pobudka długo przed świtem - okropny zwyczaj na safari - i wyjazd na bezkrwawe łowy na sawannę. Park Narodowy Serengeti jest tak ogromny, że paradoksalnie trzeba dużo szczęścia, by spotkać dzikie zwierzę. Oczywiście każdy wierzy, że tak się stanie. Spotkanie z wielką piątką, czyli lwem, słoniem, lampartem, bawołem i nosorożecem - to marzenie uczestników każdej takiej wyprawy.

Świt nadchodził z poważnym opóźnieniem, ale to zasługa ponurych chmur ciągnących się po horyzont nad sawanną. Na domiar złego zaczął siąpić deszcz. Praktycznie znikły szanse na podpatrywanie zwierząt. Nie pozostawało nic innego, jak wrócić do "lodge" i czekać na łaskawość aury. Jedynie Ezekiel, nasz miejscowy cicerone, kierowca i opiekun zarazem, wymyślił coś zaskakującego. Zaproponował wyjazd w zupełnie w inny rejon sawanny, gdzie jego zdaniem jest "gniazdo" lwów. Cóż, propozycja nie do odrzucenia.

Poszukiwane kępy drzew i krzaków znajdowały się dość daleko od popularnych szlaków safari. Podjechaliśmy na odległość dwóch metrów od linii przerzedzonych zarośli. Niemal na wyciągnięcie ręki zobaczyliśmy nad wyraz dorodnego lwa, o czym świadczyła jego brunatna, ogromna grzywa. Resztę powierzchni gniazda wypełniały cielska czterech urodziwych lwic. Całe towarzystwo spało w najlepsze. Tylko rytmicznie unoszące się boki dzikich bestii świadczyły o ich kolorowych snach, w których zapewne pełno było upolowanych antylop i zebr.

Lew, podobnie jak wszystkie koty, jest wielkim śpiochem. Potrzebuje przynajmniej 16 godzin snu na dobę, a najedzony potrafi spać nawet i dwie. Jendak dziwny to sen. Mózg lwa pozostaje niezmiennie aktywny nawet podczas najgłębszej drzemki. Bez przerwy odbiera i analizuje wszelkie bodźce zewnętrzne i każdy niepokojący sygnał natychmiast przekazywany jest przez mózg do mięśni. Lew zrywa się wówczas na równe nogi, gotowy do odparcia każdego zagrożenia. Dlatego trochę z mieszanymi odczuciami przyglądaliśmy się tej familiarnej sielance.

Szczęście w nieszczęściu

Mimo że dostąpiliśmy zaszczytu oglądania lwów z bardzo bliska, była to scenka zbyt statyczna. Nasz Ezekiel, widząc mizerny entuzjazm wśród gości, wpadł więc na kolejny pomysł. Uznał, że skoro drapieżniki są akurat po śniadaniu, to gdzieś niedaleko powinna być padlina upolowanej zwierzyny. Istotnie, od kępy zarośli prowadziła w głąb sawanny wydeptana w trawie wyraźna ścieżka. Tędy bez wątpienia od "stołu" do "sypialni" przywędrowały nasze lwy.

Zanim zdążyliśmy się zorientować nasz przywódca zręcznie nawrócił Land Rovera i ruszyliśmy świeżym śladem. Daleko jednak nie ujechaliśmy - bo po niespełna 30 metrach zaryliśmy w gliniastym bajorze, niewidocznym wcześniej w trawach. Zanurzone niemal w całości koła w brunatnej mazi za nic nie chciały wyjechać z pułapki.

W każdym innym miejscu byłby to problem trudny, ale rozwiązywalny. W tej sytuacji ciarki przeszły nas po plecach na myśl, że trzeba by było wysiąść z samochodu tuż pod nosem lwiej rodzinki. Owszem, od niemal 60 lat, tzn. od czasu utworzenia parków narodowych w Tanzanii, samochody przemierzają drogi sawanny, a wszystkie dzikie zwierzęta w końcu uznały, że są to dziwne stwory, najpewniej niestrawne i przez to zupełnie niezasługujące na zainteresowanie. Jednak wystarczy postawić stopę na ziemi, by poczuć na sobie wzrok przyczajonych i gotowych do ataku kotów.

Dlatego śpiące nieopodal lwy w żaden sposób nie mogły uśpić naszej czujności. W naszej blaszanej pułapce byliśmy na tyle bezpieczni, aby dokładnie przeanalizować sytuację, a przede wszystkim cechy i zwyczaje dzikich kotów. Jednak skrócone, encyklopedyczne informacje o lwach zdały się w naszej sytuacji "psu na budę".

Nie widząc innego wyjścia, nasz cicerone wysiadł z samochodu. Na początek od przeciwnej strony. Dobra nasza, bo na lwach nie zrobiło to żadnego wrażenia. Kiedy jednak wysiadło pięć osób, lwice obudziły się natychmiast. I stała się rzecz niezrozumiała. Jedna z nich, wyraźnie zdegustowana naszymi wyczynami, leniwym krokiem odeszła w swoją stronę. Pozostałe trzy, wsparte na przednich łapach, z zainteresowaniem oczekiwały na rozwój wypadków.

Zastanawiałem się, ile sekund potrzebują na przebiegnięcie 30 metrów dzielących je od nas. Na pewno mniej, niż my na ucieczkę do środka land rovera. Zresztą zapewne najbardziej sprawna broń palna by nic nie pomogła.

Może nie do końca rozsądnie, ale zaczęliśmy wypychać samochód z błota. Przy akompaniamencie ryku silnika niespodziewanie szybko to poszło. Już nikt nie zwracał uwagi na tryskające spod kół rude błoto. Gdy niemiłosiernie ubłoceni znaleźliśmy się w bezpiecznym samochodzie, podjechaliśmy do naszej gromadki, aby wymienić "uprzejmości".

I prawdę mówiąc do dziś nie wiem, jakim cudem udało nam się wyjść z tej opresji cało. Może lwice były bardziej zaskoczone od nas, a może były tak nażarte, że nie miały zwyczajnie ochoty na dogryzkę.