URSZULA HAJN: Gdy Forrest Gump, biegnąc, przemierzał kontynent, przyłączyło się do niego mnóstwo ludzi, z których każdy, nie mogąc zrozumieć, że można chcieć po prostu pobiegać, potrzebował odnaleźć w tym wyższy cel, jakąś przewodnią ideę. Jaki jest cel waszych ekspedycji? Potrzeba osiągnięć, szerzenie świadomości ekologicznej czy po prostu dobra zabawa?

COLIN ANGUS: Szczerze, to wszystkiego po trochę. Dla mnie główna część to dobra zabawa, przyjemność i ekscytacja płynące z takich przedsięwzięć. Mały chłopiec we mnie jest tym zachwycony, rzeczywistość z resztą przerosła jego najśmielsze oczekiwania… Chciałbym też, żeby każdy, tak jak ja, miał możliwość podziwiania piękna dzikiej przyrody. Musimy ją chronić, by móc nadal się nią cieszyć. W przyrodzie istnieje równowaga, by móc w niej żyć, musimy dbać o to, by była zdrowa. Chroniąc przyrodę, chronimy tez siebie. Dlatego promujemy ekologiczne środki transportu.

Odbyliście podróż dookoła świata, mówią nawet o was „nowi Magellanowie”. Jak to się zaczęło?

CA: Jako dziecko podczas deszczowych dni pasjami czytałem książki. Jedna z nich opowiadała o 16-latku, który w latach 60. podczas 5-letniej żeglugi opłynął świat dokoła. Wtedy, już jako 12-latek, postanowiłem, że kiedyś odłożę pieniądze i też dokonam takiego wyczynu. Rzuciłem studia po pierwszym roku i sadząc drzewa, zarobiłem na pierwszą dalekomorską podróż. Zamierzałem później sprzedać łódź i wrócić do normalnego życia, jednak przygoda kusiła dalej. Wyruszyłem więc na poszukiwanie źródeł Amazonki, wszystko później opisując w książce i filmie. I tak to się zaczęło…

JULIE ANGUS: Zabawne, że wspomniałaś Forresta Gumpa. Na ostatnim odcinku naszej ekspedycji dołączyli do nas różni ludzie, chcąc przebyć z nami te ostatnie kilka kilometrów. Widząc wielką brodę, którą wyhodował sobie Colin, krzyczeli na niego: "Hej, Forrest Gump!". Dla mnie przepłynięcie Atlantyku miało być przygodą i chwilową przerwą w mojej pracy biologa molekularnego, po której, podobnie jak Colin, planowałam powrócić do codzienności. Nie udało się... Teraz wiedza biologiczna pozwala mi lepiej obserwować napotykane dzikie życie, z czego robię użytek w moim pisarstwie.

Do końca waszej podróży dookoła świata dobrnęliście w jednym kawałku, nie pożarci przez rekiny i nie zatopieni przez sztormy. Ale na pewno były momenty mrożące krew w żyłach…

JA: Na Atlantyku uderzyły w nas dwie burze tropikalne i dwa huragany, w tym najstraszniejszy huragan w tamtym sezonie – Vince. Planowaliśmy podróż bardzo uważnie, by uniknąć takich atrakcji, lecz nie było to całkowicie możliwe. Vince przeszedł tuż kolo nas, wiatr przekraczał 100km/h, wysokie na 50 stóp fale wyglądały jak 5-piętrowe budynki.

CA: Dla mnie wielkim wyzwaniem była podróż przez Syberię. Jej południowo-wschodnia część jest praktycznie pozbawiona dróg. Latem niemożliwe by było przemierzenie tej trasy tylko o własnych silach, zdecydowaliśmy więc, że rozpoczniemy podróż zimą, gdy temperatura dochodziła do minus 50 stopni. Przemierzyliśmy Ojmiakon, najzimniejsze miejsce na świecie, gdzie średnia temperatura w styczniu wynosi minus 56 stopni Celsjusza. W okolicach Czekotki zima była łagodniejsza, mróz sięgał tam 35-40 stopni poniżej zera. Różnicę rekompensował jednak porywisty wiatr. Dotarcie z jednego krańca Rosji na drugi zajęło nam prawie rok. Dla porównania, dotarcie rowerem z Moskwy do Portugalii trwało 49 dni...

Czy były momenty, w których zobaczyliście coś, co przerosło wasze najśmielsze oczekiwania?

CA: Było ich tak wiele... Dla mnie jednym z najbardziej fascynujących przeżyć było poznanie kultury i stylu życia mieszkańców Syberii, niezmienionych od tysięcy lat. Ci bardzo skromni, ciepli i pełni pokory ludzie żyją w ekstremalnie trudnych warunkach, w temperaturze kilkudziesięciu stopni poniżej zera, ubrani w skóry zwierząt, którymi się opiekują i które jedzą, wydzierają pożywienie otaczającej ich nieprzyjaznej ziemi. Dla nas, przybyłych z północnoamarykańskiej, nieskomplikowanej i pozbawionej korzeni kultury, coś takiego było niezwykłym przeżyciem.

JA: Dla mnie najcudowniejsza była podróż przez Atlantyk i kontakt z jego mieszkańcami. Stada latających ryb wyłaniały się z wody, przecinając niebo nad nami na wysokości stu stóp. Naokoło naszej łodzi uformował się cały ekosystem, na jej dnie wyrosły rośliny, przyciągające małe ryby i żółwie. Rekiny, delfiny i wieloryby także przepływały obok, polując na te ryby lub po prostu powodowane ciekawością intruzów. Niektóre z tych stworzeń towarzyszyły nam przez tysiące kilometrów! To wszystko sprawiło, że poczuliśmy się niezwykle połączeni z naturą. Szacunkiem napawał nas fakt, jak świetnie zwierzęta są zaadaptowane do otaczającego ich środowiska. My musieliśmy walczyć z żywiołem, martwiąc się o własne bezpieczeństwo, a one czuły się doskonale!

CA: Otóż to! My, ludzie, nie jesteśmy dobrze przystosowani do żadnych warunków: mrozu, gorąca, lądu, wody. Bez różnych narzędzi nie moglibyśmy się w nich odnaleźć.

No właśnie. Czy wiecie, ile jedzenia zjedliście, ile zużyliście par butów, ubrań, dętek rowerowych?

CA: Na Syberii ze względu na zimno jadłem najwięcej – równowartość 12-15 tys. kalorii dziennie. Na Atlantyku było to 5-6 tys. Rekord przebitych opon ustanowiliśmy na innej wyprawie, w Meksyku, gdy w ciągu jednego dnia naliczyliśmy ich 16.

Podczas podróży łodzią przez Atlantyk przez pięć miesięcy zamknięci byliście na bardzo małej przestrzeni. Jak sobie radziliście z nieuniknionymi napięciami?

CA: Julie traktowała mnie jak worek treningowy (śmiech). Tak, w takiej sytuacji brakuje możliwości, by odejść i ochłonąć czy wyżalić się przyjacielowi. Dlatego już przed podróżą umówiliśmy się, ze będziemy na bieżąco rozmawiać i rozwiązywać pojawiające się problemy. Zmiany na pokładzie też okazały się pomocne...

JA: Z każdym problemem trzeba się mierzyć na bieżąco. Tak, by żadna, początkowo błaha kwestia, nie napęczniała do monstrualnych rozmiarów.

Wiele opowiadacie o relacji miedzy podróżnikami a światem biznesu. Myślicie, że dobre z nim relacje są dla takich jak wy podróżników koniecznością?

JA: Ekspedycje słono kosztują. Część fundusze pochodzi ze sponsoringu, partnerstwa z firmami podzielającymi nasze wartości, dużą część naszych dochodów stanowią książki i filmy, które tworzymy. Prowadzimy wykłady motywacyjne dla firm, na których opowiadamy o paralelach między biznesem a podróżowaniem, a jest ich wiele. Na przykład realizowanie wytyczonych celów: jeden ambitny cel, taki jak podróż dookoła globu, przytłacza swoim ogromem i wydaje się nieosiągalny. Jednak gdy podzielisz go na małe kroki, pokonywane dzień po dniu, okazuje się realny.

Przemierzyliście już cały glob. No to co teraz?

CA: Teraz kończymy pracę nad naszą najnowszą książką. Zawarliśmy w niej wrażenia z naszej ostatniej podróży ze Szkocji do Syrii, odbytej łodzią wiosłową i rowerami. Potem mamy kilka planów. Chcemy odtworzyć szlak, który pokonałem kilkanaście lat temu podczas mojej pięcioletniej żeglugi po południowym Pacyfiku. Zamierzamy odwiedzić starych znajomych oraz odszukać moją ówczesną łódź Ondine, sprzedaną na Papui Nowej Gwinei.

JA: Planujemy też ekspedycję na Środkowy Wschód, prawdopodobnie do Syrii, gdzie chcemy odszukać stary szlak handlowy, którędy transportowano oliwę. Chcemy dokopać się do korzeni mojej syryjskiej rodziny, zgłębić i zrozumieć kulturę Syrii i jej mieszkańców.