W Chinach nie należę do społeczności paruset Polaków pracujących dla dużych firm w Shanghaiu, czy Guangzhou. Przebywam tu w dość nietypowym charakterze. Bordowa książeczka "Foreign Experts Certificate" wraz z dokumentem zdrowia i wizą rezydenta Chin zaświadcza o mojej zdolności do pobytu w tym kraju jako native speaker. Nie, nie jestem nauczycielem języka polskiego. Nasz język zdaje się być czymś nie do nauczenia dla mieszkańców Państwa Środka. Obok dziesiątek tysięcy nauczycieli z USA czy Wielkiej Brytanii, uczę w Chinach języka angielskiego.

Marzec 2008 roku. Chińska Republika Ludowa, prowincja Zhejiang, miasto Lishui. Mocne słońce rozświetla główną ulicę miasta - Zhongshan Street. Pora lunchu to czas wzmożonego ruchu. Czarna stylowa holenderka powoli przetacza się po solidnym asfalcie. W pewnej chwili młody człowiek prowadzący rower słyszy słowa, które są jak cień, zawsze pojawiają się wraz z nim. "Waiguoren" - krzyczy grupa dzieci udająca się na mały posiłek w czasie przerwy. Tak, "obcokrajowiec", macie rację - odpowiadam.

Maj 2007 roku. Prasa donosi o prawie dwóch milionach Polaków pracujących na Wyspach. W Polsce nie jest tak źle - myślę - przecież moja praca w jednej z dużych polskich firm jest naprawdę w porządku. Niebawem obronię się na uniwersytecie, nie ma na co narzekać. Środa, niby dzień jak co dzień. Wieczorem udaję się na międzywydziałowy kurs języka chińskiego. Uniwersytet Jagielloński pozwala swoim studentom na zgłębianie tajemnic owego trudnego języka dwa razy w tygodniu.

Czwartek. Poranek w firmie. Nie lubię stabilizacji - myślę - wyjadę do Chin. Była to decyzja podjęta w ciągu chwili. Wszystkie dni od maja po wrzesień, gdy wylądowałem w Shanghaiu, podporządkowane były temu wyjazdowi. Jako jeden z pierwszych na swoim roku obroniłem pracę. Cudem udało mi się zdobyć dyplom w zawrotnie krótkim czasie. Poszukiwanie szkoły, historie o oszukanych obcokrajowcach porzuconych gdzieś w Gaungdongu na pastwę losu, rozmowy telefoniczne prowadzone w nocy ze względu na różnicę czasu, przekonywanie Azjatów, iż mówi się biegle po angielsku, kopiowanie dziesiątek dokumentów, to wszystko było częścią mojego życia bezpośrednio przed moim wyjazdem.

"Jesteś szalony" - słyszałem od swoich znajomych. "Chiny!?" - dziwili się wszyscy - "dlaczego nie pojedziesz do Londynu?" Odpowiedź była prosta. Bo Londyn nie jest orientalny. Wielokulturowy owszem, lecz nie orientalny. To prawda, do Chin nie wyjeżdża się w poszukiwaniu pieniądza. Choć nauczyciel-obcokrajowiec zarabia krocie w porównaniu z chińskimi kolegami, choć są to pieniądze jak na polskie warunki przyzwoite, nie jest to ziemia obiecana. To prawda, do Londynu jedzie się łatwiej, szybciej. Jednak tego, co doświadcza się w tym ogromnym azjatyckim państwie nie da się porównać do niczego innego.

"Bolan?" - pyta się zdziwiony Chińczyk, który właśnie zapytał mnie skąd jestem. Schylony nad dzbankami do parzenia herbaty uśmiecham się do niego i dodaję: "Wo shi Ouzhou ren (Jestem Europejczykiem)". "Aaaaa, Ouzhou ren!" - cieszy się Chińczyk.

Polska, Poland, Bolan - nie należy do najbardziej znanych krajów w Chinach. Właściwie można zaryzykować stwierdzenie, iż "jestem Polakiem" oznacza tyle co powiedzenie w Polsce "jestem z Vanuatu". Wiedza na temat Polski w średniej wielkości mieście Chin jest znikoma.

To tutaj po raz pierwszy nauczyłem się, co to jest tożsamość europejska. Bowiem dopiero przedstawienie się mianem "Ouzhou ren - Europejczyk" naprowadza Chińczyka na właściwy trop. Standardowy Chińczyk mijający mnie na ulicach Lishui pomyśli, iż jestem Amerykaninem, Anglikiem bądź Australijczykiem. Tylko dlatego, iż jestem biały. Ci lepiej wykształceni ze szkoły w której pracuję wiedzą, że Polska znajduje się obok Niemiec. Zachwycając się moim angielskim myślą, iż Polacy mówią po angielsku, zaś niektórzy wciąż żyją w przeświadczeniu, iż jesteśmy ich socjalistycznymi braćmi. Zaskakuje nauczyciel historii, który popisując się swoją wiedzą na temat Polski, wymienia nazwisko Wałęsy. Taksówkarz dodaje imię naszej pływaczki Otylii. Nazwiska nie jest w stanie wymówić.

Ciepły wiosenny dzień w Lishui. Pięćset kilometrów na południe od Shanghaiu. Część miasta, w której mieszkam wie już, iż mija ich Polak, nie Amerykanin. Wiedzą już, że Polska leży w Europie, wiedzą, że niedźwiedzie nie chodzą u nas po ulicach, i że nie mówimy po rosyjsku. Wiedzą, iż lubimy mięso, nie obchodzimy Haloween i Święta Dziękczynienia. Wiedzą, że jesteśmy krajem katolickim, że śliwowica jest za mocna nawet na ich głowę, że Polacy są inni od Anglosasów.

Przede mną kolejne pół roku poznawania Chin i uczenia Chińczyków, iż istnieje taki mały kraj gdzieś w Środkowej Europie. "Na zdrowie!" - mówi Lee, z którym czasami pijam zieloną herbatę Longjing. Kolejny dzień w gdzieś w prowincji Zhejiang dobiega końca.