Podróżnicy z okresu Polski międzywojennej na trwałe zapisali się w historii światowej eksploracji. W ciągu krótkiego, zaledwie dwudziestoletniego okresu niepodległości dokonywali rzeczy niezwykłych. Zamiast ogromnych środków finansowych mieli upór, odwagę i wielką pasję poznania. Często zapomniani i niedoceniani, dopiero dzisiaj przywracani są zbiorowej pamięci.

Przez Afrykę na rowerze

”Był człowiekiem o ogromnej wyobraźni i ogromnej odwadze, człowiekiem nieustraszonym” – tak Ryszard Kapuściński oceniał Kazimierza Nowaka. I chyba nie ma w tych słowach przesady, bo jak inaczej opisać kogoś, kto samotnie przebył Afrykę, z północy na południe i z powrotem. W 1931 r. Nowak wyruszył z libijskiego Trypolisu, a w 1936 r. stanął we francuskim Algierze. Pięć długich lat spędził podróżując rowerem, pieszo oraz czółnem przez spalone słońcem pustynie i tonące w deszczu lasy równikowe.

>>> Jak głosować na najlepszą polską wyprawę

Podczas swojej wyprawy namacalnie odczuł conradowskie „jądro ciemności”. Wiele razy otarł się o śmierć, ale dzięki niezwykłemu hartowi ducha i wielkiej odwadze pokonał wszystkie niebezpieczeństwa. Polska nie była wówczas imperium kolonialnym, posiadającym - jak Francja czy Anglia - ogromne afrykańskie posiadłości. Na Czarnym Lądzie nie czekały na Nowaka zastępy usłużnych urzędników i wojskowych. Samotnego podróżnika witały tam tylko dzikie zwierzęta i jadowite insekty. Ale może właśnie dlatego spotkał się on z ogromną życzliwością i gościnnością napotykanych plemion. W czasach gdy Europejczycy zajmowali się systematyczną grabieżą oraz wyzyskiwaniem rdzennych mieszkańców Afryki, Nowak dostrzegał niezwykłe piękno oraz kulturową niepowtarzalność tego kontynentu. Podróżnik celowo omijał kolonialne miasta, brzydząc się chciwością i rozpustą europejskich zarządców, myśliwych czy łowców skarbów. ”On uczył nas, jak traktować Trzeci Świat i jego mieszkańców” – powiedział Kapuściński o skromnym urzędniku pocztowym, który już na długo przed ekspertami z ONZ wiedział, że afrykańskim ludom należy się szacunek i prawo do samostanowienia.

>>> Polaków zawsze gnało w Himalaje

...czytaj dalej


W skórzanych butach po andyjskich graniach

W czasie gdy Nowak powracał z Afryki do Europy, na drugim krańcu świata jego rodacy rozpoczynali właśnie zdobywanie najbardziej niedostępnych partii gór w południowoamerykańskich Andach. Członkowie II Polskiej Wyprawy Andyjskiej postawili sobie wyjątkowo ambitny cel: eksplorację najwyższych szczytów na obrzeżach pustyni Puna de Atacama. Ekspedycja pod kierownictwem Justyna Wojsznisa dotarła w 1937 r. do księżycowego pustkowia, nad którym wznosi się Ojos de Salado (6893 m.), najwyższy wulkan na świecie i jednocześnie drugi szczyt obu Ameryk (po Aconcagui).

>>> Polaków zawsze gnało w Himalaje

Jako pierwsi zdobyli go właśnie Polacy. Mając do dyspozycji jedynie sizalowe liny oraz ciężki i prymitywny ekwipunek, po sześciu dniach mozolnej wspinaczki podróżnicy pokonali zdradliwy krater. Po raz kolejny okazało się, że od sprzętu ważniejsze są umiejętności, determinacja i siła woli.

Jak wielkie musiało być zdziwienie Matthiasa Rebitscha, stojącego na czele ogromnej wyprawy z 1956 r., gdy na szczycie góry ujrzał kopczyk kamieni oraz metalową puszkę z imionami Polaków. „Weszli od innej niż ja, o wiele trudniejszej strony. Polscy alpiniści dokonali wówczas rzeczy wspaniałej” – napisał potem w swojej książce. Poza kolosem Ojos de Salado alpiniści zdobyli również kilka innych sześciotysięczników, w tym imponujący Nevado Pissis.

Ta niezwykła ekspedycja tak zafascynowała Wojciecha Lewandowskiego, alpinistę i wykładowcę na Uniwersytecie Warszawskim, że w ostatnich latach odbył on kilka wypraw śladami tamtych śmiałków. „Fascynująca była magiczna więź z nimi i poczucie powinowactwa duchowego” – mówi podróżnik.

>>> Jak głosować na najlepszą polską wyprawę

Jednak wyprawa z 1937 r. była nie tylko alpinistyczną przygodą, ale również ekspedycja naukową. W jej trakcie odkryto wiele nieznanych gejzerów oraz jezior lodowcowych. „Jej wyjątkowość polegała na wymazywaniu białych plam z mapy Ameryki” – ocenia Lewandowski.

...czytaj dalej


Pionier w garniturze nad Atlantykiem

Ku zaskoczeniu obsługi lotniska, z niewielkiego samolotu wyszedł dystyngowany mężczyzna w nienagannie skrojonym garniturze, kapeluszu i krawacie. Jednak w prawdziwe zdumienie wprawił kierownika radiostacji fakt, że ten dżentelmen przybył z Saint Louis de Senegal, leżącego po drugiej stronie Atlantyku.

>>> Polaków zawsze gnało w Himalaje

Tego dnia, 8 maja 1933 r. Stanisław Skarżyński, samolotem RWD-5bis, samotnie przeleciał Ocean Atlantycki i wylądował w brazylijskim Maceio. Samolot Skarżyńskiego bezpiecznie wylądował na płycie brazylijskiego lotniska. Polak poleciał bez sekstansu (nie można go obsługiwać jedną ręką) oraz bez radia, spadochronu i łodzi ratunkowej, które zbytnio obciążyłyby maszynę. Skarżyński był pierwszym Polakiem, który dokonał tego wyczynu, jednocześnie ustanawiając światowy rekord odległości w klasie II samolotów turystycznych. Na dodatek jego RWD-5bis, czyli zmodyfikowana wersja maszyny RWD-5 projektu Wigury i Żwirki, pozostaje do tej pory najmniejszym samolotem, który kiedykolwiek pokonał Atlantyk. Słynny amerykański Voyager z lat 80. był prawie trzykrotnie cięższy od polskiej konstrukcji.

Samotny przelot nad Atlantykiem był nie tylko ogromnym osiągnięciem samego Skarżyńskiego, ale również triumfem polskiej myśli technicznej okresu międzywojennego. Polscy konstruktorzy udowodnili, że znajdują się w czołówce światowej myśli aeronautycznej.

>>> Jak głosować na najlepszą polską wyprawę

Wyzwanie rzucone oceanowi miało swój tragiczny epilog dziewięć lat później: bohaterski pilot zginął w Morzu Północnym, powracając z lotu bojowego nad Bremą. Hitlerowska obrona przeciwlotnicza strąciła jego samolot nad wybrzeżem Holandii. Wojny nie przetrwał również pionierski samolot Skarżyńskiego: zagrabili go Rosjanie po agresji na Polskę w 1939 r. Jednak dokonania Skarżyńskiego do dzisiaj rozpalają wyobraźnię miłośników przestworzy.