Saloniki to miasto na wskroś greckie, ale zarazem tygiel kultur i narodów, bo też bardzo bogate były dzieje tego grodu. To dobry temat na odrębne potraktowanie, tu tylko warto dodać, że miasto 2300 lat temu założył król Kassander, nazywając je imieniem swej żony – Tessaloniki, siostry Aleksandra Wielkiego. Potem rządzili tu Rzymianie, Słowianie, Bizantyjczycy, Saraceni, Normanowie, krzyżowcy, Wenecjanie i Turcy. Stąd wyruszyli głosić słowo Boże i nauczać słowiańskiego alfabetu Cyryl i Metody. Znacznie później narodził się tu ruch młodoturecki i do dziś oglądać można w Salonikach dom, w którym najmłodsze lata spędził Mustafa Kemal Pasza, czyli Ataturk – "Ojciec Turków", twórca nowoczesnego państwa tureckiego.

Jeśli się tu zatrzymamy, to przede wszystkim jednak polecam wypicie kawy w Białej Wieży. Zbudowali ją weneccy jeńcy jako fragment fortyfikacji obronnych. Niebawem Turcy zaczęli umieszczać w nim więźniów, a w XIX w. turecki gubernator wymordował tu zbuntowanych janczarów. W konsekwencji złej sławy wieżę zaczęto nazywać Krwawą. W pobliżu, przy nadmorskim bulwarze, zobaczyć też można konny pomnik największego z synów Macedonii – Aleksandra Wielkiego.

Saloniki to doskonały punkt wypadowy do dwóch miejsc wyjątkowych, i to nie tylko w skali Grecji – do Meteorów i na Półwysep Chalcydycki.

Za Olimpem w prawo

Żeby dotrzeć do Meteorów, czyli zespołu klasztorów, umieszczonych na szczytach i zboczach gór, trzeba – jadąc od Salonik wzdłuż wybrzeża Morza Egejskiego – skręcić w prawo tuż za mitycznym Olimpem, wyraźnie widocznym od strony autostrady.

Mimo widocznych wschodnich zboczy Góry Bogów trasa przez środek Tesalii jest widokowo monotonna, wręcz nudna. Pokonujemy nizinę gładką niczym stół, co w Grecji jest krajobrazem raczej niecodziennym. I tak jest długo, zanim na horyzoncie nie pojawią się Meteory, które, tak się wydaje w pierwszej chwili, nie pasują do tego statecznego obrazu.


Źródła miłości

Nim dotrzemy do Meteorów, warto jeszcze zatrzymać się w dolinie Tempe, w przełomie rzeki Pinios, jakim przedziera się ona ku Morzu Egejskiemu. To też miejsce wyjątkowe dla Grecji, której powszechnie obowiązującym skojarzeniem jest ziemia wypalona od słońca. Tutaj zaś oplata nas piękno natury, dzikość i majestat gór, rzek, źródeł i bujnej zieleni lasów. Starożytni Grecy nazywali Tempe ogrodem bogów, przedsionkiem rajskich rozkoszy, a później równie pięknie zachwycali się tym miejscem Rzymianie i ich poeci: Pliniusz, Owidiusz. W starożytności do Tempe też pielgrzymowano, tu zrodził się kult Apollina, tu także można napić się wody ze źródła Afrodyty, wody, która ponoć pobudza do miłości i ponoć tu zrodzona miłość trwa wiecznie. Pielgrzymują więc tu zarówno ci, którzy chcą się zakochać, jak i ci, którzy te uczucie chcą pielęgnować.

W dolinie są i inne źródła: Dafne, Muz i Diany. O Dafne mówiono, że "w drzewo bobkowe przemieniła się", gdy ścigał ją roznamiętniony Apollo. Czczono tu również Posejdona zwanego Skalistym, bo to on stworzył tę niezwykłą wyrwę między górami, uderzając w jednolity masyw swym trójzębem.

Modlitwa i praca

Już same Góry Pindos stanowią cud natury – sterczące w niebo strzeliste i skaliste przybierają najróżniejsze, najbardziej fantazyjne formy, a przecież wśród wierzchołków i turni, kilka kilometrów od miasta Kalambaka, widać klasztory i kościoły, wybudowane karkołomnym trudem.. Meteora znaczy dosłownie "zawieszone w powietrzu", bo tak one rzeczywiście wyglądają, usytuowane w prawie niedostępnych miejscach, do których kiedyś można było dotrzeć jedynie po sznurowanych i drewnianych drabinach.

Według starych podań w 1344 r. św. Anastazy, założyciel najstarszego klasztoru (Wielkiego Meteoronu), dotarł na szczyt skały na grzbiecie orła – wygnany ze świętej góry Athos wraz ze swym duchowym przewodnikiem Grigoriosem. Na skale zwanej Plato Lito Anastazy podjął tytaniczną pracę przy wznoszeniu zabudowań słynnego, istniejącego do dzisiaj klasztoru. To ten bogobojny człowiek ułożył kanony zakonnego życia, które praktykowane są do dziś. Każdy kolejny dzień mnicha podzielony jest na trzy "oktosy", ośmiogodzinne cykle modlitewne. Pierwsza część dnia poświęcona jest zwykle modlitwie, druga – pracy (np. przy produkcji świec z pszczelego wosku), trzecia zaś to czas studiów lub wypoczynku. Wieczorem mnisi piszą żywoty świętych, malują ikony, rzeźbią w drewnie albo też studiują nabożne pisma.

Kiedyś klasztorów było ponad sto. Teraz większość z nich to malownicze ruiny. Do naszych czasów dotrwało w niezmienionej formie zaledwie sześć: Przemienienia Pańskiego, Warlaama, św. Mikołaja Anapafsa, Russanu, Świętej Trójcy i św. Stefana. Ten ostatni, jak opowiadają przewodnicy, chylił się ku upadkowi i pewnie by opustoszał, gdyby nie zamieniono go w... klasztor żeński. Teraz mniszki oprowadzają turystów, chętnie odpowiadając na wszelkie pytania. Ponoć większość z nich ma wykształcenie uniwersyteckie.


Bliżej nieba

Do klasztorów wiodą kręte, wąskie drogi, których pokonanie samo w sobie jest już sporym przeżyciem. Chcąc dostać się na szczyt, trzeba się przemieszczać wykutymi w skale schodami albo kolejką linową. Pokonywanie 260 kamiennych stopni, często przy 40-stopniowym upale, do zawieszonego na skale klasztoru św. Mikołaja Anapafsa to przeżycie prawie z gatunku wyczynowych.

A przecież jeszcze kilkadziesiąt lat temu niektóre klasztory były całkowicie odcięte od świata. Można było do nich dotrzeć jedynie w specjalnych klatkach na linach. Zresztą jest to nadal jedyny środek transportu materiałów budowlanych.

A kto nie ma dość siły na wchodzenie schodami, może skorzystać ze sposobu, jakim docierano tu dawniej. Taki delikwent oplatany jest gęstą siecią, podwieszany na hak i za pomocą liny wciągany na wysokość nieraz kilkuset metrów. To prawie sport ekstremalny, w każdym razie adrenalina mocno skacze.

W okolicach Kalambaki żyje jeszcze ciekawy zwyczaj, będący swego rodzaju testem przedślubnym. Otóż kawaler po słowie danym wybrance serca wspina się na skałę. Gdy dotrze na szczyt, to znaczy, że związek zapowiada się szczęśliwie. A gdy nie... pewnie wstępuje do zakonu.

Ogrom monasteru, a także jego klimat, wywołują niecodzienne skojarzenia. Widok ołtarzy, odgłos skwierczących kaganków każą pomyśleć o sensie i zarazem kruchości naszego życia, jak Meteory zawieszonego między ziemią a niebem.


WARTO WIEDZIEĆ

Żydzi z Salonik

Drugie co do wielkości miasto Grecji do połowy XX w. było jednym z ważniejszych w świecie skupisk ludności żydowskiej. Wyznawcy judaizmu mieszkali tu już w czasach starożytnych, ale największa ich fala napłynęła do miasta pod koniec XV w. – byli to Żydzi wypędzeni z Hiszpanii. Tureccy najeźdźcy Grecji pozwolili im rozwijać się tu bez przeszkód. W ciągu 500 lat obecności w Salonikach tamtejsza społeczność żydowska (która posługiwała się własnym językiem: ladino) wydała spośród swego grona wielu wybitnych ludzi nauki oraz przywódców religijnych. Miasto nazywano nawet Drugą Jerozolimą. W XVII w. Żydzi stanowili ponad dwie trzecie jego mieszkańców. Na początku minionego stulecia liczyli około 100 tysięcy, czyli ponad połowę obywateli Salonik. Po wielkim pożarze 1917 r. przetrwało ich niecałe 60 tysięcy. W 1943 r. prawie wszyscy zostali wywiezieni do Auschwitz oraz innych hitlerowskich obozów śmierci.

Interesującym środowiskiem byli tu tzw. donmeńczycy, czyli zwolennicy Sabbataja Cwi (1626 – 1676), który ogłosił się mesjaszem i przeszedł na islam. Donmeńczycy w Salonikach rozpadli się na trzy odrębne odłamy, a każdy z nich mieszkał w osobnej dzielnicy otoczonej murem. W 1923 r. rząd grecki uznał żydowskich muzułmanów za Turków i wysiedlił do Turcji. Ich ostatni przedstawiciele żyją w tym kraju do dzisiaj.