Myślisz, że podróżując z plecakiem, "poza utartymi ścieżkami”, dotykasz odmiennych kultur i poznajesz autentyczne życie odwiedzanych krajów? Jesteś przekonany, że wyjazd na koniec świata wyklucza cię z grona entuzjastów all inclusive, którzy wakacje spędzają naprzemiennie nad hotelowym basenem i na hotelowej plaży w Hurgadzie, na Gran Canarii albo wszystko jedno gdzie, bo baseny i plaże w zasadzie wszędzie są takie same? Błąd. Turystyka offowa to turystyka masowa. Taki sam biznes jak zorganizowane wczasy z biura podróży. A backpacker szukający absolutu jest takim samym gringo jak facet z walizką, który spędza 2 tygodnie w zamkniętym beach resorcie w Cancun. Inny jest tylko program rozrywek. "Offowemu" daje się takie, które w nazwie mają słowa klucze: autentyczny, dziki, tubylczy, backpackerski, podróżniczy, globtrotterski czy "off the beaten track". Tak, żeby łatwo i przyjemnie utwierdzić go w przekonaniu, że stał się kolejnym wcieleniem Indiany Jonesa.

W Cancun sztucznie

Gdy się wychodzi z klimatyzowanego terminalu w Cancun, fala ciepłego wilgotnego powietrza o mało nie przewraca na ziemię. Z lotniska do strefy hotelowej biegnie szeroka, wysadzana palmami dwupasmówka. Jak pod linijkę strzyżona trawa razi nienaturalną w tym słońcu zielenią. Cancun to duma patrycjatu z Meridy i rządu federalnego. Zbudowane w ciągu kilku lat blokowisko ekskluzywnych hoteli, restauracji i butików ciągnie się przez 20 kilometrów wybrzeża Morza Karaibskiego. W strefie hotelowej nie ma skrawka niewykorzystanej plaży. Mrówkowiec przy mrówkowcu. Czysty, sterylny świat stworzony od podstaw na początku lat 70. jako konkurencja dla Acapulco. Strefa hotelowa została zaprojektowana z myślą o Amerykanach. Nieniepokojeni przez tubylców mogą napawać się widokiem palm, szumem jasnobłękitnego morza i uprawiać aquarobic na basenie. W hotelach gości witają przylepione uśmiechy i jednolite uniformy śniadej obsługi. Recepcjonista dyskretnie spogląda na nasze nadgarstki, by upewnić się, że opinające je opaski mają odpowiedni kolor. Kawałek plastiku z nazwą hotelu otwiera tu drzwi do jadalni, restauracji i dyskotek. A przede wszystkim ściąga drużyny kelnerów, którzy bez przerwy proponują "something to drink, senor". Nieważne, czy gość wyleguje się na patio, czy też opala się koło basenu – zawsze znajdzie się ktoś, kto wciśnie mu do ręki margaritę, tak by nie był w stanie ruszyć się za próg hotelu. Zresztą wielu turystom tak ekstrawaganckie pomysły nie przychodzą nawet do głowy. – Przyjechałam tu na urlop. Nie do Meksyku – opowiada Jane, 29-letnia pracowniczka banku z Detroit. – Nie zamierzam ryzykować wychodzenia. Tyle się słyszy o tutejszej przestępczości – dodaje. Obrzydliwe – myślimy sobie. Trudno sobie wyobrazić większą sztuczność. Wyruszamy zatem na poszukiwanie czegoś autentycznego – prawdziwego Meksyku.

No to do Chiapas

San Cristobal de las Casas, dawna stolica stanu Chiapas, wydaje się strzałem w dziesiątkę. Położona wśród wzgórz, z dala od wybrzeży, trudniej osiągalna niż miasta z kolonialnego serca Meksyku, ma renomę mekki backpackersów i bohemy. Pofałdowane na wzgórzach brukowane ulice, XIX-wieczne domy z obszernymi patiami, kutymi balustradami balkonów, Indianki noszące niemowlęta w fioletowych chustach na plecach. Mocny bimber Posh, który pozwala lokalnym mieszkańcom nawiązać kontakt z Bogiem, utrzymuje nas tylko w przekonaniu, że dobrze trafiliśmy. Aż do momentu, kiedy zaczynamy spacer po Crescencio Rosas, jednej z ulic, która prowadzi do urzędu miasta i katedry. Jeden za drugim wrzaskliwe neonowe szyldy zapraszają na masaż indiańsko-ajurwedyjski, buddyjsko-indiańską medytację i zajęcia z... indiańskiej jogi. Dalej jest jeszcze gorzej. Pod palmami przy Plaza de Guadalupe grupki młodych ludzi przedstawiających się jako zapatyści sprzedaje "pamiątki". – Wiesz, to miasto jako pierwsze zdobył El Sub – cedzi wolno przez nos Gabriel, sprzedawca szmacianych lalek i kominiarek – znaku rozpoznawczego zapatystów. El Sub to Subcomandante Marcos, przywódca zapatystów i indiańskiej rebelii, która wybuchła w 1994 roku, postać kultowa. Biznes nawiązujący do jego ruchu idzie świetnie. W ciągu 3 minut jesteśmy świadkami, jak para Niemców i kilkoro Francuzów zaopatruje się w ładunek pamiątek. Zastanawiając się, co to wszystko ma wspólnego z prawdziwym Chiapas, trafiamy do knajpy przy Real de Guadalupe, gdzie pośród obrazów Marksa, Engelsa, Lenina, Stalina i Subcomandante Marcosa dobiegają do nas strzępki rozmów prowadzonych po angielsku, francusku i włosku: "Komunizm jako idea nie jest zły, tylko wykonanie...", "Stalin przecież wygrał wojnę...", "to wszystko przez neoliberalną ideologię...", "Sąsiedztwo USA to przekleństwo dla Ameryki Łacińskiej...". I teraz wszystko staje się jasne. San Cristobal wcale nie jest bardziej autentyczne niż Cancun. Miasto w swojej esencji to taki sam "Truman Show", tyle że dla turystów o innych gustach. Po wybuchu powstania zapatystów San Cristobal stało się celem podróży lewaków z Europy. Mieszkańcy miasta zorientowali że przybysze nie mają pojęcia o rzeczywistych problemach z własnością ziemi w Meksyku, o strukturalnych i historycznych źródłach biedy wśród Indian. Więcej, niespecjalnie ich to interesuje. Wolą szybko obejrzeć pokazową wioskę tubylców San Juan de Chamula, napić się miejscowego samogonu, a potem we własnym towarzystwie po hostelach i knajpach z obrazami Stalina licytować się pochwałami komunizmu. Wystarczyło im zapewnić to, co znają i jako tako rozumieją. W ten sposób powstało zagłębie zapaturystyki oferujące przystępne hostele, styczność z filozofią Wschodu dla dyletantów, spotkania (nie za częste) z "zapatystami", a wszystko to dla potrzeb większej "autentyczności" opatrzone kominiarką El Suba.

Może w Himalaje?

Patent jak ten na San Cristobal jest wykorzystywany na całym świecie, pod różnymi szerokościami geograficznymi. Ostatnio w modzie są Himalaje. A raczej wejście na Mount Everest. Kukuczką właściwie może być każdy. Czomolungma zaczęła odgrywać rolę Giewontu. Na podejściu tworzą się korki. Jednak o ile pielgrzymka do meksykańskiej mekki neostalinistów i maoistów może być po prostu zabawna, o tyle zdobywanie Czomolungmy przez pracowników biur bywa tragiczne.

W maju ubiegłego roku straciło tu życie czterech wspinaczy. I nie zawiniły himalajskie lawiny czy śnieżyce, lecz... korek, w którym utknęło 150 turystów. Mimo wciąż wielkiego niebezpieczeństwa, jakie towarzyszy wyprawie, lokalne władze nie chcą zmarnować żadnej okazji do zarobku na zagranicznych gościach spod znaku off inclusive. Dlatego na potęgę wydają warte kilkadziesiąt tysięcy dolarów pozwolenia na wejście na największą górę świata, nie zważając na przepustowość szlaków.

Turystyka czomolungmowa będzie narastać. Coraz większą popularność zdobywają luksusowe wyprawy, które dla bogaczy organizują miejscowe firmy turystyczne. Pół wieku od pierwszego zdobycia szczytu przez Nowozelandczyka Edmunda Hillary'ego z Szerpą Tenzingiem Norgayem na wierzchołek dotarło kilka tysięcy osób. Jak szacuje AdventureStatistics.org, w latach 2000–2006 na Everest weszło 4,8 tys. osób, z czego połowa była klientami biur turystycznych. W pakiecie za niecałe 100 tys. dol. (zawiera on także pozwolenie lokalnych władz) znajdziemy nie tylko własnych przewodników, lecz także tragarzy, wyżywienie all inclusive wraz z wybornym kalifornijskim winem oraz cieplarnianie warunki w bazach noclegowych. Komercyjna wspinaczka nie może odbyć się bez butli z tlenem. Z zamówieniem pizzy nie ma problemu nawet w Goraksherp na wysokości 5,1 tys. Tam też można skorzystać z internetu (łącze satelitarne), kupić sprzęt wspinaczkowy czy literaturę górską. Wszystko to w asyście Szerpów.

Wiek ani słaba kondycja fizyczna nie stanowią przeszkody w drodze na szczyt. Wiekowym rekordzistą pozostał Nepalczyk Bahadur Sherchan, któremu w 2008 r. do 77. rocznicy urodzin w momencie wchodzenia na szczyt brakowało tylko 16 dni. No dobrze, to miejscowy, ale na szlaku nietrudno spotkać czterdziestoparolatków w kryzysie wieku średniego. Bo gdy zabraknie siły mięśni własnych, do akcji wchodzi siła mięśni Szerpów. I tak wejście na największą górę świata, choć w istocie może być przygodą życia, nie ma już zbyt wiele wspólnego ze zdobywaniem niezdobytego. Ludzi gotowych wydać fortunę za adrenalinę w nietuzinkowych warunkach jest w Himalajach coraz więcej.

Na wojnę!

Podobnie rośnie liczba turystów, którzy odwiedzają kraje objęte wojną. W tym przypadku też chodzi o adrenalinę i o to, czego nie da się poczuć w hotelu na Kanarach. Z jednym z polskich biur podróży można pojechać do Afganistanu. Trasa jest tak obmyślona, aby nie trzeba było zbytnio ryzykować. W grę wchodzi w miarę bezpieczny Kabul, zamieszkana przez skonfliktowanych z talibami Tadżyków – dolina Pandższiru, uzbeckie Mazar-e-Szarif i pasztuński, prorebeliancki Dżalalabad. Koszt dwutygodniowej wyprawy pod Hindukusz to około 20 tys. zł. Znacznie droższa jest Somalia. Ostatnio jednak ofertę wyjazdu do krainy piratów zastąpiła Grenlandia. Biegun Północny staje się bardzo modny.

Miejsc skrojonych pod backpackersów jest mnóstwo. Poczucie autentyczności lub ekstremalności stało się normalnym produktem oferowanym klientom. Tak jak miłośnik Wysp Kanaryjskich spędza czas przy barze albo na basenie, poszukiwacz autentyczności przesiaduje w hostelowych restauracjach z WiFi. Wszystkie dania z tej karty są jednak równie dopracowane, jak te w zamkniętych hotelach.