W czasie tegorocznego sezonu turystycznego spodziewam się kilkukrotnych spadków liczby pasażerów. O ostatecznej skali zmniejszenia ruchu zdecyduje dalsza sytuacja epidemiczna, decyzje poszczególnych krajów w sprawie zdejmowania obostrzeń, a także popyt ze strony podróżnych – mówi DGP Andrzej Kobielski, wiceprezes Enter Air, największej linii czarterowej działającej w Polsce. Nasz rozmówca ma nadzieję, że sezon wakacyjny w części przesunie się na jesień, kiedy epidemia zwłaszcza w Europie będzie się zmniejszała.

Reklama

Przewoźnicy nie spieszą się jednak z przywracaniem połączeń. Od czerwca albo lipca chcą latać w rejony, gdzie nie stwierdzono dużej liczby zakażeń, przede wszystkim do Grecji, Portugalii i Afryki Płn. WizzAir właśnie ogłosił, że od 16 czerwca będzie latał z Londynu do portugalskiego Faro, a od początku lipca na kilka greckich wysp, m.in. Korfu i Kretę. Przewoźnik, który przywrócił już pojedyncze loty europejskie (np. Londyn – Budapeszt), zmienił już zasady podróżowania. Pasażerowie i personel pokładowy muszą mieć na sobie maski zakrywające usta i nos, a ci ostatni dodatkowo rękawiczki. Linia zapewnia, że codziennie rozpyla wewnątrz maszyn specjalne preparaty antywirusowe.

Choć nie wiadomo, kiedy nasz rząd ostatecznie zniesie zakaz pasażerskich lotów międzynarodowych, który na razie obowiązuje do 9 maja, węgierski przewoźnik liczy, że także z Polski w ciągu kilku tygodni będzie mógł uruchomić choć część połączeń. Można się spodziewać, że na początek przywróci bezpieczniejsze trasy, np. do Grecji czy Maroka. Przedstawiciele Enter Air spodziewają się, że w porozumieniu z touroperatorami rejsy na dobre będzie można przywracać w lipcu. Na początku będzie latać tam, gdzie wirus był obecny w najmniejszym stopniu, a więc do Afryki Płn. i Grecji. Nikłe są szanse na szybkie wznowienie dalekich połączeń, np. do Kenii.

Według przewoźników najważniejsze są terminy znoszenia obostrzeń w poszczególnych krajach. Nie chodzi tylko o zniesienie zakazu lotów międzynarodowych, ale także o konieczność przechodzenia kwarantanny, która trwa zwykle 14 dni. Bez zlikwidowania tego obowiązku turyści nie zaczną latać. Różne pomysły mające ożywić ruch turystyczny rozważa Unia Europejska. Wśród nich wprowadzenie paszportu COVID-19, którego posiadacz mógłby wykazać, że nie jest nosicielem koronawirusa i wykonał niedawno zakończony wynikiem negatywnym test na jego obecność.

Jednocześnie branża lotnicza czeka na wytyczne dotyczące zasad obowiązujących na lotniskach i w samolotach. EASA, organizacja dbająca o bezpieczeństwo na europejskim niebie, ma je opracować do połowy maja. Zalecenia będą dotyczyć środków ostrożności, jak pomiar temperatury, stosowanie maseczki czy częstej dezynfekcji samolotów. IATA, która zrzesza światowych przewoźników, wydała już rekomendacje w sprawie maseczek. Szef tej organizacji Alexandre de Juniac zmienił zdanie co do pozostawiania w samolotach pustych foteli między pasażerami. Jeszcze kilka tygodni temu popierał to rozwiązanie. Kilka dni temu uznał, że nie będzie konieczne. Przewoźnicy argumentowali, że puste fotele nie zmniejszą ryzyka przenoszenia wirusa, za to zwiększą i tak ogromne straty, które powoduje epidemia.

Michał Kaczmarzyk, szef linii Buzz, czyli spółki córki Ryanaira, która obsługuje loty w Polsce i kilku innych krajach Europy Środkowej, jest zniecierpliwiony tym, że UE i poszczególne kraje wciąż nie określiły zasad bezpiecznego latania. Narzeka, że przewoźnikom trudno w tej sytuacji precyzyjnie zaplanować powrót do pracy. Spodziewa się, że jeśli w drugiej połowie maja poszczególne kraje będą znosić restrykcje, w praktyce rejsy będzie można wznawiać od lipca. Twierdzi też, że Ryanair z Polski będzie znowu latać nie tylko do Grecji, ale i do silnie dotkniętych pandemią Hiszpanii czy Włoch.

Adrian Furgalski z Zespołu Doradców Gospodarczych TOR ocenia, że zbliżający się sezon pod kątem ruchu lotniczego turystów można uznać za stracony. – Skończy się upadkiem części linii, biur podróży oraz hoteli – przewiduje ekspert. Powrotowi do ruchu lotniczego nie będą też sprzyjać zachęty kolejnych rządów europejskich, by tegoroczne wakacje spędzić w kraju, co ma ratować lokalną branżę turystyczną. Tak zaleca m.in. rząd Francji, a podobne rady słychać też z ust polskich urzędników.