W porównaniu do innych miast Andaluzji niewiele jest tu do zwiedzania. Ale warto odwiedzić miasto, na dźwięk którego rozjaśniają się z zadowolenia twarze
miłośników wina. W dodatku samo jest jak wino: im dłużej tu jesteśmy, tym bardziej nam się podoba
Do czasu wizyty wydawało mi, że malaga to tylko wino słodkie. Jednak pod tą nazwą kryją się także wyborne wina wytrawne. I chociaż złote czasy, kiedy to wino królowało w Europie, odeszły
w zapomnienie, to w Maladze wielu jest miłośników lokalnego produktu. Niemal każdy przewodnik wskaże nam najstarszy bar w mieście i jeden z najstarszych w regionie. To Antigua Casa de Guardia
przy Alameda Central.
Ponoć został założony już w 1840 roku i przez cały czas jest niezmiernie popularny. Mimo to wino jest tam w cenach przystępnych. W dodatku nalewane jest wprost z pachnących starością beczek
znajdujących się tuż za kontuarem. Jeśli siedzimy przy barze, to nasz rachunek jest zapisywany białą kredą na blacie.
Morze czuje się tu wszędzie. Warto zajrzeć do portu, z którego m.in. wypłynęła armada w czasie walki Stanów Zjednoczonych o niepodległość. W XVIII wieku Amerykanie i Hiszpanie mieli
wspólnego wroga: Anglię. W Maladze nie wahano się poświęcić funduszy przeznaczonych na budowę katedry. Początkowo miała ona mieć dwie wieże. Południowa nie została jednak nigdy
ukończona, dlatego popularnie katedra nazywana jest La Manquita (jednoręka). Trzeba jednak przyznać jankesom, że potrafią – choć po wielu latach – być wdzięczni.
Założyli oni specjalne stowarzyszenie, które w ramach rewanżu pomaga ratować zabytki Malagi. A Brytyjczycy? Oni teraz podbijają hiszpańskie wybrzeża bezkrwawo, będąc jednymi z częstszych
gości. Nawet oni jednak narzekają na ceny w kawiarniach znajdujących się wokół katedry.
W czasie Wielkiego Tygodnia i tak trudno by tam było znaleźć wolne miejsce. Przez katedrę przechodzą w tym czasie wszystkie procesje organizowane przez lokalne bractwa zwane konfrateriami.
Obchody religijne w Maladze zawsze były nieco w cieniu słynniejszych, odbywających się w stolicy Andaluzji Sewilli. Na początku lat 30. były one nawet zakazane. Władzę przejęli anarchiści
starający się zniszczyć tradycję istniejącą od 1487 roku, kiedy to nastąpiło odbicie miasta z rąk arabskich.
O procesjach w Maladze tak naprawdę głośno się zrobiło po błyskotliwej karierze jednego z najsłynniejszych (oprócz Pabla Picassa) synów miasta. Jose Antonio Dominguez Bandera po
przeprowadzce do Hollywood stał się Antoniem Banderasem. Turyści przybywający obejrzeć w Wielkim Tygodniu procesje mają nadzieję, że jednym z nazarenos będzie słynny aktor.
W ostatnich dziesięciu latach był on jednak w procesji tylko dwukrotnie: w 2004 i 2008 roku. Przynajmniej oficjalnie. W swoich wypowiedziach podkreśla osobisty stosunek do tradycji. Tak naprawdę
więc nie wiadomo, czy obok nas nie przechodzi słynny Desperado, każdy z uczestników procesji ma bowiem na głowie kaptur, przez który widać jedynie oczy...
Koniec Wielkiego Postu to jednocześnie sygnał do zabawy. Już w sobotę, 11 kwietnia na La Malagueta rozpocznie się kolejny sezon corridy. Turyści nie omieszkają wypełnić lokali, w których
smętnie zawodzą śpiewaczki flamenco. Ale miejscowi zaczynają się rozkręcać tuż przed północą. O dziwo, miasto wieczorem – nie tylko w czasie świąt – przypomina
Wieżę Babel. To dlatego, że jest jednym z najbardziej popularnych centrów nauki języka Cervantesa. Wiele renomowanych szkół właśnie tutaj umieściło swoją siedzibę. Ceny za naukę nie są
wygórowane, a od kilku lat bardziej dostępne dzięki bezpośrednim połączeniom lotniczym. W ten sposób urlop może być połączeniem przyjemnego z pożytecznym. Z rana kilka godzin nauki, potem
obowiązkowa sjesta. Wszystko po to, by móc w praktyce skorzystać z lekcji w czasie wieczornych szaleństw. A jeśli znajdziemy się tu w czasie największych festiwali, wtedy
„nauka” może trwać 24 godziny na dobę.