Dziennik Gazeta Prawana logo

Marinaleda: komunistyczny raj w Europie?

5 stycznia 2013, 14:00
Ten tekst przeczytasz w 7 minut
Gorące kiełbaski na hiszpańskim rynku
Gorące kiełbaski na hiszpańskim rynku/Shutterstock
Andaluzyjska Marinaleda jest dla skrajnej lewicy dowodem na to, że realizacja komunistycznej utopii jest możliwa. Mieszkańcy miasteczka borykają się jednak z takimi samymi problemami jak reszta Hiszpanii.

Marinaleda to niespełna trzytysięczne miasteczko w południowej Hiszpanii. Andaluzyjska gmina przemknęła niczym meteor przez europejskie media, gdy jej burmistrz Juan Sanchez Gordillo zorganizował kilka najazdów na supermarkety, wymuszając na ich kierownikach przekazanie podstawowych produktów żywnościowych na rzecz biednych. – – powie nam później były miejski radny, odmawiając jednak podania nazwiska. Niebawem miną 34 lata, odkąd Gordillo został po raz pierwszy wybrany na burmistrza Marinaledy. Przez ten czas zdołał przekształcić ją w komunistyczny raj. Tak przynajmniej utrzymują jego zwolennicy. Zwykli mieszkańcy miasteczka wyglądają nie tyle na zachwyconych, ile zastraszonych.

Do miejscowości trafiamy w niedzielne popołudnie. W niektóre niedziele, zwane nieprzypadkowo „czerwonymi”, mieszkańcy wychodzą z domów, by w czynie społecznym posprzątać chodniki, przystrzyc trawę, odmalować płoty. W dni powszednie większość pracuje w spółdzielni, uprawiając karczochy i oliwki, produkując konserwy, wypasając bydło. Każdy dostaje co miesiąc po 1200 euro, niezależnie od stanowiska. Zysk trafia do kasy miasta. Oferta na wagę złota w regionie, który nawet na tle Hiszpanii wyróżnia się na niekorzyść pod względem liczby bezrobotnych. Co trzeci mieszkaniec Andaluzji nie ma pracy. Wśród młodych odsetek ten dawno przekroczył 50 proc. Według Eurostatu to najgorszy wynik w całej Unii Europejskiej.

Bajki dla mediów

Przyłączamy się do wycieczki dla sympatyków skrajnej lewicy, którzy Marinaledę traktują niczym mekkę i przykład powszechnej równości dla reszty pogrążonej w kryzysie Europy. Za przewodnika robi Maria Rodriguez, radna z ramienia komunistycznej Zjednoczonej Lewicy (Izquierda Unida), z której wywodzi się także burmistrz Gordillo. Ugrupowanie ma w radzie miasta dziewięć na jedenaście mandatów. Reszta należy do bardziej umiarkowanych socjalistów z PSOE, partii, z której wywodził się były premier Jose Zapatero. Rodriguez mieszka w zwykłym białym domku.

– tłumaczy Maria Rodriguez w rozmowie z DGP. – – dodaje. Za prawo do zamieszkania w takim lokum miesięcznie płaci się symboliczne 15 euro czynszu.

Tuż obok osiedla stoi kompleks sportowy im. Che Guevary. W Marinaledzie wiele ulic upamiętnia ikony skrajnej lewicy, przeważnie hiszpańskich i latynoskich rewolucjonistów. W podobnej poetyce jest utrzymana ikonografia – ściany domów są zapełnione okazałymi muralami, przedstawiającymi scenki z życia komunistów z całego świata i okolicznościowe hasła. Prawdziwa czerwona Biblia pauperum. W samym kompleksie są trzy boiska piłkarskie, kort tenisowy, baseny, siłownia i hala. Opłaty symboliczne. Podobne jak w niedalekim przedszkolu, za które łącznie z posiłkami płaci się 2 euro miesięcznie. Przedszkole zajmuje 1/3 okazałego jak na miejscowe warunki budynku, który jest też domem kultury i siedzibą władz. Poza ideologicznymi muralami Marinaledę spośród innych miasteczek południowej Hiszpanii wyróżnia rozbudowana infrastruktura. To rzeczywiste osiągnięcie rządów Gordilli.

Marinaleda ma również na koncie zwycięską walkę z obszarnikiem. Znaczną część należącej do spółdzielni robotniczej farmy stanowi El Humoso – dworek i 1200 ha ziemi. – El Humoso należał kiedyś do księcia del Infantado, ale ziemia leżała odłogiem. Nikt tam nie mieszkał ani nie pracował. Był tylko jeden strażnik, więc zaczęliśmy okupację, która trwała cztery lata. W końcu w 1992 r. przyznano nam ziemię. Ziemia powinna być dla tego, kto chce na niej pracować – opowiada Maria Rodriguez. W dworku jest zaś m.in. noclegownia dla bezrobotnych. Czyżby nawet w komunistycznym raju były problemy z pracą?

– mówi wymijająco Sofia, 47-letnia właścicielka piekarni. Skąd w takim razie na drzwiach jej piekarni ogłoszenia ludzi szukających zajęcia? – – odpowiada. Niezbyt przekonująco. Jest pora sjesty, więc większość ludzi hiszpańskim zwyczajem zbiera się w restauracjach i winiarniach. Próbujemy pytać, ale mieszkańcy nie są zbyt rozmowni. – mówi jeden z napotkanych. Pan Tutejszy też nie bardzo chce z nami rozmawiać. – – słyszymy.

Paco ma 40 lat i jest kolegą Gordilli jeszcze ze szkolnej ławy. Rozczarowanym kolegą. – – wskazuje w kierunku grupki mężczyzn przy stoliku obok, oglądających mecz. – – dodaje. A co z tanim przedszkolem, szkołą, kompleksem sportowym? – wzdycha Paco.

Praca dla wybranych

– ucina próbę nawiązania kontaktu Miguel, 46-letni barman w kolejnym lokalu. Mimo to co jakiś czas podchodzi do naszego stolika i – za każdym razem rozglądając się czujnie po gościach – opowiada o przyczynach swojego strachu. – – snuje urywaną opowieść Miguel. – – wskazuje na mężczyznę, który właśnie stanął w drzwiach baru.

Były radny z ramienia IU oficjalnie opiekuje się dużym parkiem w centrum miasta. Jak wszyscy zatrudnieni przez miasto dostaje miesięcznie 1200 euro. – – utrzymuje Miguel. Wybranych albo lojalnych. Przed kryzysem praca była niemal dla wszystkich, teraz trzeba zbierać punkty, by mieć szansę na kilka godzin zajęcia. Jeden dzień walki to prawo do jednego dnia zbiorów, który z kolei daje dokładnie 46,16 euro dochodu.

Walki – czyli np. wyjazdu na protest do Madrytu albo najazdu na supermarket. Dla jednych to kradzież, Gordillo woli mówić o wywłaszczeniu. Nie wywozi przecież rzeczy po kryjomu i bierze tylko najważniejsze produkty: oliwę, cukier, ryż, makaron, warzywa. Na razie akcje uchodzą zwolennikom IU na sucho. Tak było w przypadku najazdu na sklep w miasteczku Ecija. Mimo przepychanki z pracownikami i policją trzydziestu ludziom Gordilli udało się wywieźć dziewięć z dziesięciu załadowanych worków i dostarczyć je do banku żywności w Sewilli. Podobnym sukcesem zakończyła się akcja w Arcos de la Frontera. Straż miejska zablokowała co prawda związkowców przy kasie carrefoura z 20 wózkami, ale po czterogodzinnych pertraktacjach kierownictwo sklepu zgodziło się przekazać na rzecz pomocy społecznej 12 z nich.

Mieszkańcy Marinaledy nie chcą się wypowiadać na temat „polityki walki”. W miasteczku praktycznie nie ma opozycji. W ostatnich wyborach lokalnych (maj 2011 r.) na Zjednoczoną Lewicę padło 72 proc. głosów, reszta poparła socjalistów z PSOE. Zwolennicy prawicy okazali się 59-osobowym marginesem. – mówi Miguel.

Chcieliśmy porozmawiać z Juanem Gordillą. Mimo umówienia się na konkretny termin burmistrz nie odbierał od nas telefonu. Mógł być zmęczony; dopiero co wrócił z manifestacji w Madrycie, podczas której bronił praw eksmitowanych za długi Hiszpanów. Kilka kolejnych osób zdobyło punkty, dzięki którym dostaną szansę na zarobienie swoich 46 euro.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło INFOR
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj