Wcale nie zamierzaliśmy tak naprawdę zostać pielgrzymami, ale północna Hiszpania przyciągała nas od jakiegoś czasu i droga do Composteli, a zwłaszcza jej wariant północny, wydawały się być idealnym pomysłem na trasę. Wylądowaliśmy co prawda w Bilbao, ale nasze "camino" zaczęło się dopiero w Kantabrii, tuż za Santander.

Miejscowość Santillana del Mar, jak głosi miejscowe przysłowie, nie jest ani "santa" (święta), ani "llana" (płaska), ani tym bardziej nie ma "mar", czyli morza. Jest za to fantastycznie zachowanym średniowiecznym miasteczkiem skupionym wokół kolegiaty Św. Juliany.

Tuż po wyjściu z autobusu pytamy pana w kiosku ze słodyczami o rekomendacje noclegowni. Bystry sprzedawca od razu zareklamował swój pensjonacik pod nazwą Jesus Maria, jednym z bardziej popularnych imion w Hiszpanii. Trochę byliśmy zaskoczeni gromadą francuskich nastolatków, kwaterujących się nieopodal, bo charakter miasteczka nie pasował do grupowych wczasów.

>>>Przeczytaj relację z wyprawy na Borneo

Zwłaszcza wieczorem Santillana wyjątkowo czarowała swymi opustoszałymi uliczkami i szlacheckimi rezydencjami. Następnego dnia jednak stało się jasne, iż takie "klimatyczne" miasteczka zachwycają nie tylko nas i są na trasie większości wycieczek autobusowych przemierzających Kantabrię. Postanowiliśmy zatem niezwłocznie ruszyć na trasę św. Jakuba i tym samym oddalić się od masowych atrakcji...

Nasze poszukiwania informacji jak formalnie rozpocząć "camino de santiago" (uzyskanie oficjalnego statusu pielgrzyma dałoby nam szanse na różne zniżki i przywileje po drodze) spełzły na niczym, gdyż ponoć powinniśmy byli zarejestrować się już w katedrze w Santander... Trudno, nie po papiery tu przyjechaliśmy, a miejscowi i tak wiedzą, którędy prowadzą żółte strzałki.

I tak, kierując się zmysłem orientacji i radą nielicznych przechodniów, podreptaliśmy do Comillas. Żółte strzałki prowadziły nas górami i dolinami, oferując przepiękne widoki na morze w oddali, a po drodze prawie nikogo... W oddali najwyższe szczyty Kantabrii, Picos de Europa, chyba nawet jeszcze pokryte śniegiem. O to nam właśnie chodziło! Niestety, skoro oficjalnie nie jesteśmy pielgrzymami schroniska nie mogą nas przyjąć, mimo, że miejsca dość. Cóż za biurokracja!

>>>Przeczytaj relację z wyprawy do Maroka

Comillas za to rekompensuje administracyjne niedogody. Zwane miastem modernistów, z willą Gaudiego jako główną atrakcja i z wszechobecnymi pomnikami pana Lopez y Lopez, byłego handlarza niewolników i pierwszego markiza Comillas.

Następną miejscowością na naszej trasie jest Llanes, które w starej stacji kolejowej mieści ... schronisko dla pielgrzymujących. Tam, niespodzianka, dostajemy zgodę na nocleg, mimo, iż wymaganych dokumentów nie posiadamy, a i do samego Llanes ostatecznie podjechaliśmy autobusem.

Z zasady należy nie tylko posiadać legitymację, do której wbija się stempelki, ale także poprzedzający odcinek powinien być przebyty zgodnie z regulaminem. Podjeżdżanie autobusem jest zatem wykluczone.

Niespodzianka druga – odpowiednie dokumenty możemy uzyskać w tejże miejscowości, a tym samym i liczyć na skromną zniżkę na pokój. Niespodzianka trzecia - i chyba największa - owe tajemnicze dokumenty, o które się staramy już od paru dni i o których nikt nic nie wie, oprócz tego, iż trzeba je mieć, wydaje miejscowy ... szewc, w swoim zakładzie "La Sirena". Formularze legitymacji są składowane w jednym z licznych pudelek po butach, a pan szewc, zrzeszony w stowarzyszeniu "Kostur", chętnie przybija nam pieczątkę.

>>>Przeczytaj relację z wakacji w Lizbonie

Do tego wszystkiego najpiękniejsze dotychczas, a może i na całej trasie, wybrzeże: zielone, skaliste, skąpane w zachodzącym słońcu, no i do tego nadal na tle górskich szczytów!

Rano dla odmiany wsiadamy w kolej wąskotorową i ruszamy na objazd asturyjsko – galicyjskiego wybrzeża. Kolej jedzie samym skrajem lądu, a zatem z jednej strony towarzyszy nam nieustannie morze, a z drugiej – góry.

Robimy parę postojów w mijanych miasteczkach, ale już spieszno nam do Santiago, głównego ośrodka naszej trasy. Miasto św. Jakuba wita nas o zmroku domami o nadzwyczaj grubych ścianach i olbrzymich bramach wejściowych. Jako, że niebawem przyjdzie nam zostać na nocleg w jednym z takich kamiennych budynków, przejedziemy również kurs obsługiwania XVIII wiecznej bramy.

Rano nasz entuzjazm zostaje przydeptany stopami dziesiątek pielgrzymów, tym razem tych prawdziwych, o ogromnych górskich butach, jeszcze większych plecakach z obowiązkowo przywiązaną muszlą i wielkim kosturem. Juz ustawiają się w kolejce po pieczątki i certyfikaty, które potwierdzą ich pielgrzymkę. Wystarczy udokumentowana podróż 100 km pieszo, konno lub rowerem (ale czy ktoś jeszcze podróżuję konno?). My tym razem nie skorzystamy z dokumentacji, ale co wcale nie oznacza, że na szlak Jakuba już nie wrócimy. Wręcz przeciwnie!

Po obiedzie z ośmiornicy po galicyjsku ruszamy do Muxii, czyli prawie na koniec świata. Prawie, bo koniec świata, czyli "finis terrea" będzie dopiero nazajutrz. To właśnie ponoć tam pielgrzymi przyjeżdżają, po zakończeniu swej wędrówki, aby spalić ubrania i dokonać duchowej odnowy. Muxie z Fisterrą łączy szlak długości ok. 40 km.

Jako że naczytaliśmy się o nim trochę, ruszamy w poszukiwaniu niezapomnianych widoków oceanicznego wybrzeża. Niestety tym razem znaleźliśmy jedynie niekończący się las i niezbyt dobrze oznakowaną ścieżkę.

W Fisterze dopada nas właścicielka kiosku-sklepu, specjalizującego się w świecach i gumach do żucia. To od niej dowiadujemy się, że nie tylko nie jestesmy jedynymi turystami w tej niewielkiej miejscowości, znajdującej się naprawdę na końcu europejskiego świata, ale że wręcz w schroniskach zabrakło już miejsc.

>>>Przeczytaj relację z podróży do Rio de Janeiro

Nie przeszkadza jej, iż nie mówimy po galicyjsku, nam chyba też już nie, i oddajemy się pod jej opiekę. Nasza nowa gospodyni nie wierzy, iż przyjechaliśmy tylko na jeden dzień. Wszyscy tak mówią – tłumaczy – a potem zostają na dłużej. Jej samej nie podoba się tu szczególnie, ale też nigdzie indziej nigdy była. Dlatego też widoki z latarni morskiej najdalej wysuniętej na zachód Europy raczej jej nie ekscytują. Ale nas tak!

Nad ranem ruszamy w drogę powrotną, pokonując czekającą na ten sam autobus gromadę oznakowanych muszlą pielgrzymów. Nawet babinka, która dosiadła się po drodze, nie kryła zdziwienia: "Mamma mia! Ale dziś mamy pielgrzymów!".