Dziennik Gazeta Prawana logo

Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu

9 września 2008, 09:55
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty
Kto raz pojedzie do stolicy Włoch, będzie tam chciał ciągle wracać. Nie bez kozery mówi się, że wszystkie drogi prowadzą do Rzymu. Słoneczna Italia urzekła również naszą Internautkę Ewę, która przysłała do nas swoją relację z wyprawy do Włoch. Oto ona.

Moja przygoda rozpoczęła się w przepełnionej sztuką i architektura świątyni renesansu Florencji. To stolica bajecznej Toskanii, gdzie korony drzew przypominają różyczki i brokuły, a liczne winnice wręczają na dzień dobry kieliszek jednego z najszlachetniejszych i najstarszych napojów świata – szampańsko-słonecznego i malinowo-rubinowego wina.

Dawid Michała Anioła naprawdę robi na każdym niezwykłe wrażenie. Włosi kwestionują niektóre jego części upierając się, że modelowi Michała Anioła przy pozowaniu było... zimno i w związku z tym każda jego część nie oddaje w całej okazałości walorów prawdziwego Włocha.

I dopiero tu zaczyna się moja prawdziwa przygoda! Włosi są niebywale weseli. Z wszystkiego potrafią żartować i na wszystko znaleźć odpowiedź. Tacy są po prostu Włosi. To Włosi!

Z północy na południe Półwysep Apeniński przecina autostrada del Sole. To ona przez malownicze wzgórza zaprowadziła mnie z Florencji do Rzymu.

Już teraz wiem, co oznacza powiedzenie "wszystkie drogi prowadzą do Rzymu". Po prostu będąc w Rzymie zostawia się kawałek samego siebie. To w nim zostawiłam swoje serce.

Roma jest dla mnie kwintesencją prawdziwych Włoch. Nie widziałam co prawda całych Włoch (Sycylii, Capri, Kalabrii, Mediolanu, Neapolu...) i dla ich prawdziwego znawcy może to stwierdzenie wydawać się śmiałe, ale ja jestem w stanie z każdym, kto ma odmienne zdanie polemizować. To tak jak z... miłością. Spotykasz kogoś, czujesz coś poza racjonalnego, coś metafizycznego, toniesz w czyichś oczach i wiesz... Suzuki albo nic!

Niepowtarzalne uliczki w kolorze ciepłego piasku, brązu i rozgrzanej cegły są ubarwione setkami kolorowych kwiatów osadzonych w maciupkich, dyniowatych, i rozmaitych gigantycznych donicach. Nawet w zacienionych ulicach ze starych murów wyrastają zielone jak młodziutki groszek i wybujałe jak moje marzenia pnącza. Tak jak by ktoś je jakimiś miksturami podlewał i serenady im ciągle śpiewał. Prawie zza każdej uliczki słychać radosne i słodkie fontanny.

Rzym jest nimi wręcz usiany. Przeglądając w trakcie podróży jeden z przewodników po Włoszech przeczytałam, że Rzym jest zbyt ruchliwy i zabiegany, by czuć się w nim dobrze. Mamma mia! To straszne! Zaręczam swoją głową, że to nieprawda! Wchodząc do niego- rzeczywiście- przyznaję, niezwykle hałaśliwego poczułam, że jest tu miejsce i dla mnie. Jest w nim miejsce dla każdego, bo Rzym jest niezwykle gościnny i życzliwy. Zatrzymuje każdego gościa na dłużej, a w Watykanie otula solidnymi murami. Jest historyczny, antyczny, jak Giorgio Armani elegancki i pachnie niekwestionowanie jak mój ulubiony zapach Dolce & Gabbana. Ale Rzym to też krzyk, zaczepki i niezwykły temperament i wręcz żurnalowe sylwetki jego mieszkańców. Można zakochać się w niektórych spojrzeniach. Od razu czuć i widać, że po tej ziemi chodzą potomkowie rzymskich bogów. Podziwiam Włochów za to, że robią wszystko z niezwykłą pasją i wiarą. Są uparci, jak byki. Dążą , tak jak starożytni wojownicy wytrwale do celu. Giną na tarczy lub z tarczą! Prawdziwi mężczyźni.

Rzym przecinają dwie linie metra. Czerwona i niebieska. Można więc łatwo przemierzyć całe miasto i tanio, bo bilet kosztuje tylko 1 euro. Ale ja polecam przejść go całego na własnych nogach. No i koniecznie proszę nie zapomnieć wrzucić do fontanny di Trevi grosika, centa lub euro! Ja wrzuciłam 2 złote i 2 euro dla pewności. No i udało mi się w drodze do Forum Romanum w pobliżu zamku św. Anioła wdepnąć w "szczęście". Z mostu Św. Anioła widok zapiera dech w piersiach. Widać z niego w oddali kopułę Bazyliki Św. Piotra, którego pogłaskałam oczywiście po prawej stopie na szczęście. Stopa jest już tak wygłaskana, że przypomina płetwę foczki.

Chociaż specjały z regionu Emilii-Romanii są dostępne już dzisiaj na całym świecie, to ja starałam się z nimi zapoznać na miejscu.

Na plaży w Rimini zajadałam się żółto-zieloniutkim specjałem z Ligurii, czyli świeżo przyrządzonym i aromatycznym pesto. To pikantna mieszanka liści bazylii, czosnku, orzeszków pinii i sera zatopiona w oliwie. Oczywiście extra vergine, czyli tej najszlachetniejszej z pierwszego tłoczenia. Z filiżanką caffe americana i chrupiącą bułeczką na tle Adriatyku smakuje naprawdę oryginalnie.

Pamiętam jeszcze jak wczoraj, jak żegnałam Toskanię z ogromnym bólem. Mamma mia! Ja powinnam tam mieszkać. Piec pizzę, częściej cieszyć się życiem i urodzić jakiemuś Rzymianinowi bambino.

W autokarze wszyscy śpiewali "Ti amo". Było…tak, jak powinno zawsze. Nieziemsko. Wszyscy mieli kilkugodzinny uśmiech na twarzach, w oczach żar, a w sercu miłość.

W chłodne wieczory popijając Crema Frutti di Bosco i Limoncello będę wracała myślami do nich. Włochy kocham od dzieciństwa, kiedy to jako gżdyl za zgodą rodziców oglądałam "La piovra" ("Ośmiornicę") z komisarzem Corrado Cattanim. Tam tam - tam tam tam - Ennio Morricone - molto grazie.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj