Do Nikiszowca pierwszy raz trafiłam w 2008 r. - dokładnie w setną rocznicę powstania tego górniczego osiedla. Pamiętam spotkania z najstarszymi jego mieszkańcami czy z tymi najbardziej charakterystycznymi, jak np. górnik znad morza, który po zakończeniu zastępczej służby wojskowej w kopalni postanowił zostać w Katowicach. Pamiętam historię "Nikisza" zamkniętą w zdjęciach fotograficznej rodziny Niesporków, których zakład mieści się przy rynku. Pamiętam opowieści o tzw. chlewikach, w których na podwórkach trzymano świnie i kury (a podobno czasem także konie). O tym, jak w nocy łatwo jest się zgubić, bo wszystkie uliczki i kamienice zaprojektowanego na bazie prostokąta osiedla są niemal identyczne. Że nie wspomnę o obramowaniach okien i parapetach pomalowanych na czerwono farbą olejną. Podobno była to najczęściej spotykana w kopalni i najłatwiej dostępna farba, ale do dzisiaj nie wiem, ile w tym prawdy.

"Nikisz" mnie zachwycił. Przede wszystkim ze względu na swą historię, ściśle związaną z kopalnią "Wieczorek", z którą sąsiaduje i dla której na początku XX wieku został stworzony. Zaraz po sąsiednim Giszowcu, który nie zdołał pomieścić wszystkich górników i ich rodzin.

Wtedy kopalnia oczywiście nazywała się inaczej niż dziś. "Giesche" należała do Niemców, a dzisiejszy szyb "Poniatowski" nosił nazwę "Nikischschacht". Pochodziła ona od nazwiska przedstawiciela właściciela kopalni, barona Nickisch von Rosenegk. I stąd Nikiszowiec - osiedle, które "zagrało" m.in. w "Soli ziemi czarnej" czy "Perle w koronie", ale także w "Grzesznym Żywocie Franciszka Buły", "Barbórce" czy teledysku zespołu Big Cyc "Rudy się żeni".

Nikiszowiec 2.0

Z czasu swych pierwszych odwiedzin pamiętam jednak również, że już wtedy zastanawiałam się, jaka będzie przyszłość Nikiszowca, gdy kopalnia "Wieczorek" zakończy swój żywot. Już wtedy mówiło się o realizowanym dziś scenariuszu, kończące się złoża węgla nie były przecież tajemnicą. Zastanawiałam się, czy zaprojektowane przez Emila i Georga Zillmannów niepowtarzalne osiedle nie zostanie po prostu zapomniane. Na Nikiszowcu poza tym, co najważniejsze dla mieszkańców (sklep, poczta, apteka, przystanek autobusowy, kościół) w zasadzie nie było niczego. Turyści mogli tam przyjechać, obejrzeć, zachwycić się (lub nie, ale to zdarza się rzadko) i... odjechać. Brakowało bowiem miejsc - poza restauracją SITG (Stowarzyszenie Inżynierów i Techników Górnictwa) - w których można było się zatrzymać.

Do dziś jednak sporo się tam zmieniło. Znajomi, którym pokazuję Nikiszowiec, są tym miejscem oczarowani. Restauracja SITG co prawda wyniosła się z osiedla, ale od czerwca w kamienicy przy ul. Krawczyka znów będzie można coś zjeść - zagości tam Śląska Prohibicja. Na osiedlu można dziś wynająć apartament urządzony w dawnym stylu, by poczuć klimat tego miejsca. Na rynku działają dwie knajpki - Cafe Byfyj oraz Zillman Tea&Coffee. Przytulne i klimatyczne. Zajrzałam do nich kilka razy, o różnych porach - klientów nie brakowało, a obsługa nie mogła narzekać na nudę. Usłyszałam, że zaglądają tu nie tylko turyści, ale i mieszkańcy Katowic, którym nie zawsze pasuje ich modna Mariacka (imprezowa ulica w centrum stolicy Śląska pełna restauracji, barów i pubów). Tu jest kameralnie.

Do Nikiszowca przyciąga również Galeria Szyb Wilson. Na powierzchni ok. 2,5 tys. mkw promowane są prace młodych artystów malarzy, grafików czy fotografów. Wystawiane w zabytkowym szybie naprawdę robią wrażenie.

Wędrując po osiedlu, tuż obok rynku, przy ul. Rymarskiej, trafimy do działającego od kilku lat oddziału Muzeum Historii Katowic. Lokalizację ma ono nie byle jaką - mieści się w budynku dawnej pralni i magla. Nikiszowiec sto lat temu był samowystarczalny - górnicze rodziny nie musiały się nigdzie ruszać, by załatwić wszystko, czego potrzebowały. A publiczna pralnia działała do lat 80. XX wieku!

Na osiedlu pomyślano też o młodych. Nie mam tu na myśli lokalnej szkoły, ale Centrum Zimbardo, które w kwietniu będzie obchodzić trzecią rocznicę działalności. Jego inicjatorem i współtwórcą jest słynny psycholog prof. Philip Zimbardo. Ten sam, który zasłynął z więziennego eksperymentu, który trzeba było przerwać, bo jego uczestnicy zbyt mocno wczuli się w role więźniów i strażników. Zimbardo w 2012 r. odwiedził Nikiszowiec i się w nim zakochał. Chciał, by życie dzieci i młodzieży z Nikiszowca było fajniejsze, by było tu miejsce, w którym będą się rozwijać artystycznie, społecznie, psychologicznie - na wszystkie możliwe sposoby. Nie zabrakło akcentu górniczego - w toalecie po zapaleniu światła można było usłyszeć dźwięk jadącej szoli (kopalnianej windy).

Kto doceni osiedle z czerwienią wokół okien?

Czy żywa czerwień cegły kamienic i farby wokół okien przebije się w natłoku szybkich przemian, zwłaszcza urbanistycznych, które zachodzą w nie tak już przemysłowych Katowicach i na całym Śląsku? Czy Nikiszowiec ze swoim przestrzennym rynkiem, na którym centralnym punktem jest kościół i budynek poczty z mozaikową różą (znakiem rozpoznawczym osiedla), będzie w stanie utrzymać się z turystów? I czy oni faktycznie będą lgnąć do tego miejsca? Czy nie stanie się ono tylko punktem do szybkiego odhaczenia na trasie turystycznej, ożywającym ledwie kilka razy w roku - np. podczas dorocznej Industriady (skądinąd wspaniałej imprezy promującej poprzemysłowe miejsca na Śląsku)?

Elżbieta Zacher, przewodnicząca Stowarzyszenia "Razem dla Nikiszowca", uważa, że "Nikisz" radzi sobie coraz lepiej. I to bez oglądania się na kopalnię. Przykładem może być reaktywacja hokejowej tradycji. - Klub GKS Naprzód Janów w 1998 r. ogłosił upadłość, a majątek klubu został wyprzedany. Halę lodowiska kupiło miasto Katowice i po gruntownym remoncie obiekt oddano do użytku w 2004 - opowiada, wskazując charakterystyczną kopułę lodowiska, które znajduje się tuż przy wjeździe na osiedle. Tymczasem klub pod nazwą Naprzód Janów wznowił działalność. I choć bez własnego lodowiska i patronatu kopalni "Wieczorek", ze wszystkich sił stara się rozwijać hokejowe pasje mieszkańców Nikiszowca i okolic. - W 2016 r. miasto odkupiło od prywatnego właściciela drugą halę lodowiska. Po niezbędnych remontach od stycznia 2017 r. można korzystać z lodowiska pełnowymiarowego, sali gimnastycznej oraz siłowni - wylicza Zacher. Tym sposobem z dwóch lodowisk stworzono centrum sportów zimowych, w którym na początku stycznia tego roku rozegrano mistrzostwa świata kobiet w hokeju na lodzie w kategorii do lat 18. - W dzielnicy zaroiło się od pięknych dziewczyn - śmieje się Elżbieta Zacher.

Ale lokalnych uroczystości i imprez nie brakuje. - Od 2012 roku miasto poprzez MDK organizuje w lecie imprezy plenerowe w ramach nikiszowieckiego lata. Przypomnę też o naszych sztandarowych imprezach: to lipcowy odpust u Babci Anny, również lipcowy jarmark sztuki w ramach Art Naif Festival, czy wreszcie grudniowy tradycyjny jarmark świąteczny - wylicza szefowa Stowarzyszenia "Razem dla Nikiszowca". Wspomina też zlot nikiszowian, który być może uda się powtórzyć. - To, że nikiszowianie przyjechali nawet z zagranicy, pokazuje, że ludzie naprawdę czują się z tym miejscem związani.Także wtedy, gdy już tutaj nie mieszkają - przekonuje Zacher.

Trwają też starania o zabezpieczenie Nikiszowca przed degradacją - by ktoś nie wpadł namysł urządzenia tam np. wysypiska śmieci. Dlatego prezydent Katowic wnioskuje o sporządzenie miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego dla obszaru położonego w rejonie ul. Szopienickiej w Katowicach - to ulica prowadząca do Nikiszowca. Z wnioskami o sporządzenie planu miejscowego dla terenów położonych w rejonie szybów Pułaski i Poniatowski oraz dawnego szybu Wilson wystąpiło zaś m.in. Stowarzyszenie Razem dla Nikiszowca. Trwają starania o wpisanie do rejestru zabytków obszaru szybu Poniatowski.

Ale to nie wszystko. Od kilku lat żyje pomysł wpisania Nikiszowca na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Na razie jednak nic z tego nie wynika, i nie chodzi tu wyłącznie o brak siły przebicia. - Wymogi są bardzo restrykcyjne. Potrzebne byłoby także zaangażowanie samych mieszkańców, np. wymiana wszystkich plastikowych okien, a przecież jest ich w domach całkiem sporo - tłumaczy Elżbieta Zacher. I dodaje, że "uturystycznienie" Nikiszowca nie jest łatwe, bo nie wszyscy mieszkańcy pałają radością na myśl o tłumach odwiedzających.

"Wieczorek" mówi: dobranoc

Ale w "Nikiszu" trzeba też z czegoś żyć. Nie jest jednak tak, że nic się nie dzieje - do ożywienia po tym, jak "Wieczorek" skończy fedrować, mają się przyczynić gospodarcze impulsy. I tak: przy ul. Szopienickiej, niedaleko Galerii Szyb Wilson, powstaje gigantyczny kompleks magazynowy, który zostanie oddany do użytku w tym roku. Za szybem "Poniatowski" ma powstać, z kolei, zespół budynków mieszkalnych w programie Mieszkanie Plus. Miasto podpisało już list intencyjny w sprawie ich budowy.

Nikiszowiec próbuje się więc sprawdzać na wielu polach. O tym, co z tego wyjdzie, przekonamy się za kilkanaście miesięcy, gdy "Wieczorek" skończy fedrować. Jeszcze 20 lat temu górnicze rodziny stanowiły na osiedlu przeważającą większość, dziś jest zupełnie inaczej. - Trafiają tu ludzie z innych rejonów Śląska i nie tylko. Nie jest to już może ta "mała ojczyzna", co kiedyś, ale dzięki temu o Nikiszowcu słyszy i wie coraz więcej osób - przyznaje Elżbieta Zacher. Dlatego zamknięcie kopalni może okazać się dla "Nikisza" zupełnie obojętne, bo od jakiegoś czasu nie żyje on jej życiem, tylko raczej jej historią. Kopalniane sentymenty zawsze będą się tam pojawiać, jednak po kolejnej wizycie myślę sobie, że osiedle i jego mieszkańcy poradzą sobie bez kopalni. Zwłaszcza, że górnicy z "Wieczorka" nie zostają bez pracy. W przypadku likwidacji mają gwarancję pracy w innych zakładach wydobywczych lub mogą skorzystać z tzw. urlopów górniczych.

Paradoksalnie Nikiszowiec może na zamknięciu "Wieczorka" zyskać. Jeszcze kilka lat temu bezpieczeństwo na osiedlu porównać można było z warszawską Pragą - zapuszczanie się tam po zmroku nie było najlepszym pomysłem. Dziś jest zupełnie inaczej, a spotkanie podczas wieczornego spaceru patrolu policji wcale nie należy do rzadkości.