Już po urlopie?

Aleksandra Kwaśniewska: - Niestety nie, na odpoczynek przyjdzie czas pewnie dopiero jesienią.

Gdzie Pani najchętniej wyjeżdża na wakacje?

- Widziałam już sporo, ale szukam nowych kierunków, żeby zobaczyć jeszcze więcej i jeszcze więcej. Rzadko zdarzają mi się wyjazdy z opcją "all inclusive", czyli pobyty w zamkniętych ośrodkach, gdzie życie toczy się między pokojem, plażą i restauracją. Raczej sama organizuję wycieczki tak, by doświadczyć jak najwięcej.

Jest miejsce, które szczególnie przypadło Pani do gustu?

- W tym roku zakochałam się w Indonezji, gdzie między innymi nurkowałam. To otworzyło mi oczy na część świata - tę podwodną - której dotąd nie znałam. Odkryłam, że potrafi być tam obłędnie pięknie. Gdybym natomiast miała wybierać wśród miast, to chyba największą miłością darzę Stambuł. Mam wielką ochotę tam wrócić. Dość regularnie sprawdzam połączenia do tego miasta licząc, że trafi się jakaś okazja i choć na weekend będę tam mogła wyskoczyć.

Czym Stambuł tak Panią urzekł?

- Tym, jak cudownie łączy się w nim gigantyczna tradycja sięgająca czasów Bizancjum z nowoczesnością w najlepszej odsłonie. To miasto jest przesiąknięte wielowiekową historią i niezbyt bliskie nam kulturowo, co też fascynuje. A przy tym wszystkim pięknie zaadoptowało europejskość i dostosowało ją do swoich historycznych i kulturowych uwarunkowań. Totalnie mnie to zauroczyło. Czułam się w Stambule jak u siebie, a jednocześnie byłam zauroczona jego innością. Szalenie wzruszyło mnie wzywanie na modły, kiedy usłyszałam je tam po raz pierwszy. To było tuż po przylocie, przy wieczornej kolacji, którą jedliśmy w pachnącym tysiącem zapachów powietrzu z widokiem na Bosfor i Błękitny Meczet. To mnie absolutnie zafascynowało i łzy stanęły mi w oczach. Wszystko razem - z widokami, zapachami i smakami - było po prostu przejmujące i zaskakujące. Zaskoczyła mnie też turecka kuchnia, która okazała się zupełnie inna od wyobrażeń, jakie o niej mamy.

To znaczy?

- Jest różnorodna, fantastycznie łączy smaki i zapachy. W Polsce typowym daniem tureckim jest kebab, który w różnych barach smakuje przeważnie podobnie. Tam się okazało, że kebab może być po prostu szałowy i mieć wiele odsłon - bywa na przykład podawany z pistacjami. Dlatego tam na miejscu zamawiałam wyłącznie tureckie jedzenie.

Jakie pamiątki przywozi Pani z wakacji najchętniej?

- Przeważnie rzeczy spożywcze, takie, które pozwalają po powrocie przedłużać doznania z wakacji. Nie przepadam za pamiątkami w stylu róży wiatrów z pustyni, małej Wieży Eiffla z Paryża czy miniatury syrenki z Kopenhagi. Wbrew pozorom smakołykami z różnych stron świata można się cieszyć dość długo. Dopiero niedawno skończyła mi się kawa z Bali, gdzie byłam przeszło pół roku temu. A jest pyszna - esencjonalna, aromatyczna, nawet w postaci parzonej zwyczajnie, po turecku.

Czyli poznaje Pani świat smakiem?

- Oj tak. W ogóle lubię sobie dobrze zjeść (śmiech).

Zastanawia się Pani czasem, jak wyglądałoby jej życie, gdyby nie udzieliła wywiadu dla "Miasta kobiet"? Bo to ten program tak naprawdę sprawił, że wkroczyła Pani do świata mediów, którego przez lata unikała i przed którym była chroniona.

- Nie wiem. Naprawdę nie wiem, jak mogłoby to teraz wyglądać Rzeczywiście ten wywiad sprawił, że producentka "Tańca z Gwiazdami" zaprosiła mnie do udziału w projekcie. Po nim z kolei dostałam propozycję z "Dzień dobry TVN", potem z radia, w międzyczasie z gazety. Ten bieg wydarzeń sprawił, że od sześciu lat wykonuję zawód dziennikarza, którego nigdy wcześniej nie brałam pod uwagę. Podejrzewam, że albo wylądowałabym w jakiejś agencji PR, bo kończyłam specjalizację psychologia ekonomiczna, albo została na uczelni. Choć wiem, że nie jestem do tego stworzona

Czyta Pani o sobie w kolorowych gazetach? Wszędzie pani pełno ze względu na planowany podobno ślub, przyjęcie weselne...

- Nie zwróciłam na to akurat uwagi. Widzę czasem, że coś się na mój temat pojawia, ale staram się omijać takie publikacje. Choćby, dlatego, że na temat mojego życia prywatnego nie mówię prawie nic. Również teraz. To, co się ukazuje pochodzi od ludzi, którzy mówią za mnie. Co mam zrobić - iść z tego powodu na wojnę z połową gazet w tym kraju? To bez sensu...

Druga rzecz - staram się życzliwie patrzeć na świat. Przymykam, więc oko na te wszystkie działania, póki nazbyt nie ingerują w moje codzienne życie. Jeśli to zainteresowanie i duża liczba zleceń na moją osobę przekłada się na paparazzich wiszących na drzewach za moimi oknami, to tracę cierpliwość. To naprawdę nie jest fajne, nikt by tego nie chciał. Szlag z tego powodu trafiłby nawet tych, którzy twierdzą, że osoby popularne mają świetne życie i nie wiedzieć, czemu narzekają.