Sylwia Czubkowska: W ilu krajach do tej pory byłeś?

Łukasz Przybyłek*: W 65. Jedna trzecia, jeszcze mi około 130 zostało.

A masz taki plan?

Tak. Myślę, że kiedyś mi się to uda.

Kiedy zacząłeś podróżować?

Mój pierwszy raz to wyjazd kolonie nad Balatonem w liceum. Ale pierwszy konkretny wyjazd był ze znajomymi na studiach na Krym, a potem z tą samą ekipa na miesiąc na Syberię. Znajomi chodzili po górach, wspinali się na Bieługę, czyli najwyższą górę Syberii, a ja postanowiłem odłączyć się i pojechać samemu nad Bajkał. Tam spędziłem dwa tygodnie. To był spontaniczny wyjazd, nie było wtedy jeszcze tanich linii, nie było takiego kombinowania z biletami. Wiedzieliśmy, w jakie konkretnie miejsce chcemy jechać. Dzisiaj jest już ze mną inaczej - nie wiem, gdzie konkretnie chcę jechać, po prostu szukam okazji. Skoro mam jeszcze 130 państw do odwiedzenia, to nie mam problemu z wyborem.

Ta Syberia i Bajkał - kiedy to było?

W 2002 roku, 13 lat temu.

Czyli w ciągu 13 lat odwiedziłeś 65 państw. Średnio 5 rocznie. To nie wydaje się tak dużo.

Tyle że moje tempo podróżowania z roku na rok coraz bardziej rosło. Na początku to było 2 razy w roku, potem raz na dwa miesiące, potem co miesiąc, a teraz praktycznie tydzień w tydzień.

Co tydzień?

W końcu jestem lotoholkiem. Ja naprawdę mam tak, czy też właściwie miałem tak, że cały tydzień pracuję i zarabiam tylko z myślą o kolejnych podróżach. W tygodniu staram się wyrobić kilka nadgodzin, by w piątek urwać godzinkę czy dwie pod koniec pracy i od razu pojechać na lotnisko, które na szczęście mam blisko. Potem spędzam weekend gdzieś w podróży i bardzo często w poniedziałek prosto z samolotu albo autokaru z Berlina czy Wilna, jadę do pracy, gdzie przebieram się, myję zęby... A potem znowu tydzień czekania na kolejną podróż. To nie jest oczywiście tak, że w piątek decyduję, gdzie jadę. By skorzystać z jak największych zniżek, bilety kupuję ze sporym wyprzedzeniem, z zasady 3-4 miesięcy, czasem pół roku do przodu. Raz nawet bilet kupiłem na za 13 miesięcy. To był lot do Londynu za 70 zł. Wiedziałem, że nawet jeżeli mi się to nie uda z niego skorzystać, to nie będzie to wielka strata.

A jak często zdarzają Ci się dłuższe wyjazdy?

Ja mam, czy raczej miałem 26 dni klasycznego urlopu rocznie. Z tego udaje się wykroić dwa dłuższe 2-tygodniowe, czasem 2,5-tygodniowe wyjazdy. Oczywiście łącząc te dni z długimi weekendami, ze świętami. Dzięki takiemu kombinowaniu i weekendowym wyjazdom w ubiegłym roku w podróży spędziłem łącznie 111 dni. W tym roku byłem na sylwestra w Nowym Jorku, potem 2,5 tygodnia w Ameryce Południowej, potem prawie dwa tygodnie w Korei Południowej.

111 dni to naprawdę dużo, nie czujesz się już tym zmęczony?

Czasem tak, ale dla mnie to jest straszna adrenalina. Naprawdę jestem od tego uzależniony. Miałem takie pół roku, że nie spędziłem w Warszawie w domu ani jednego weekendu. Czasem jest też tak, że jak mieszkam w sieciowych hotelach, które wszędzie są niemal identyczne, to budzę się i nie wiem, gdzie tym razem jestem. Potrzebuję kilku chwil, by sobie przypomnieć czy to Paryż, Rzym, czy może jakieś inne miasto.

W Europie odwiedziłeś już wszystkie kraje?

Jeszcze nie, została mi większość Bałkanów. Ale ostatnio byłem w Mołdawii i w Naddniestrzu. Niesamowite doznanie, powrót do przełomu lat 80. i 90., do czasów komunizmu. W księgarniach dzieła Lenina na wyprzedaży, na ulicach socjalistyczne banery. To bardzo ciekawe klimaty, o ile nie trzeba w nich mieszkać. W Naddniestrzu, które uznaje się za niepodległe i samorządne terytorium, miałem ciekawą przygodę. Przeszedłem w niedozwolonym miejscu, strażnik jakiegoś parku mnie zauważył i wezwał do siebie. Od razu wiedziałem, że będzie mu chodziło o łapóweczkę. Postraszył mnie wezwaniem patrolu policji, ale ja udawałem, że nie wiem, o co mu chodzi. Przyjechała policja, pogadała ze mną, ale też nie wiedziała, jak turystę w bezpośredni sposób poprosić o łapówkę. Ja zawsze w takich sytuacjach opowiadam, że jestem biednym studentem. Nie zebrali się więc na odwagę i mnie z tym strażnikiem zostawili. Ten dalej kluczył, zarzekał się, że musi protokół spisać, że na posterunek jeszcze będę musiał się stawić. I wreszcie pyta: a w Polsce to policjanci biorą łapówki? Ja na to: nie, no w żadnym razie. I wtedy spasował i puścił mnie już swobodnie, bo chyba wszedłem mu na ambicję. Protokół jednak zostawiłem sobie na pamiątkę.

Mówisz, że miałeś 26 dni urlopu. To już nie masz?

Właśnie rzuciłem pracę. Firma zgodziła się skrócić mi okres wypowiedzenia i jestem w Polsce tylko do końca lipca. Od sierpnia przenoszę się do Malezji.

Co tam będziesz robił?

Z moich podróży, z pytań od ludzi: gdzie tym razem byłeś? jak załatwiłeś taki tani lot? wziął się mój pomysł na blog. Niestety ciągle brakowało mi czasu, by prowadzić go porządnie. W Malezji chcę się wreszcie do tego przyłożyć. Do tej pory na nim nie zarabiałem, tam będę miał czas, by przemyśleć, jak mógłbym go rozwijać.

A na swoim podróżowaniu w ogóle zarabiałeś?

Trochę. Pracowałem jako pilot wycieczek w Birmie i Kambodży, w Malezji, Singapurze i Tajlandii. Ale tylko dorywczo, raz-dwa razy w roku. Będąc na etacie, po prostu na więcej nie miałem czasu.

Skąd pomysł na wyjazd akurat do Malezji?

Mam tam przyjaciół, którzy studiowali u nas medycynę, a potem stażowali w szpitalach. Teraz wrócili na Borneo i zaproponowali, bym pomieszkał z nimi. A ja z planem rzucenia roboty i wyjazdu z Polski nosiłem się od dawna. Pierwszy raz odszedłem z pracy pięć lat temu właśnie po to, by podróżować, ale ledwie po miesiącu dostałem propozycję prowadzenia kampanii społecznej dla Lasów Państwowych. Skusiłem się i zostałem w firmie aż do teraz. Pomysł z wyjazdem wrócił do mnie kilka miesięcy temu. Miałem w kwietniu urodziny i postanowiłem rzucić monetą. Wiem, to może nie najlepszy pomysł na decydowanie o przyszłym życiu, ale zdałem się na los. Miałem trzy czekoladowe monety rozdawane na chiński nowy rok. Rzuciłem nimi i wszystkie wypadły wskazując, bym wyjechał. Gdyby nie moi malezyjscy znajomi, pewnie wyprowadziłbym się do Kambodży, Tajlandii lub Birmy, bo tam rynek turystyczny szybko się rozwija. Ale Malezja też jest świetna jako miejsce wypadowe do dalszych podróży.

No dobrze, ale co tam będziesz robił, z czego będziesz żył?

Na razie nic. Serio. Na początek planuję trochę uporządkować życie, zacznę porządnie pisać blog, będę starał się go zmonetyzować, będę podróżował i szukał pracy, W dowolnej kolejności. Mam pewne rezerwy finansowe i to pozwoli mi na bezstresowe przeżycie kilku miesięcy. Ale mam też już kilka pomysłów: praca jako pilot wycieczek, prowadzenie własnego małego hosteliku albo zarabianie na wynajmie kilku mieszkań, trochę na kształt AirBnB.

A sam podczas podróży też wynajmujesz mieszkania czy pokoje od prywatnych ludzi?

Czasami i naprawdę to lubię. Choć singlom to się średnio opłaca. Hostele są bardziej ekonomiczne. Ja dodatkowo jestem fanatykiem zbierania punktów w systemach lojalnościowych sieci hotelowych, dzięki czemu można z nich naprawdę tanio korzystać. Tylko trzeba pokombinować. Zdarzało mi się już spać w hotelu w Warszawie tylko po to, by dozbierać punkty do spania w droższych miejscach. Te 200 zł wydane w Warszawie dawało mi nocleg wart kilkaset euro. Dzięki takim kombinacjom spałem za darmo w ostatniego sylwestra na Times Square w Nowym Jorku. W zeszłym roku z przyjaciółmi pojechaliśmy na Bali - backpakerski wyjazd wypożyczonymi rozklekotanymi skuterami, z plecakami. I tak podjechaliśmy pod Hayata. Jak zobaczyła nas obsługa, skierowała na parking dla służby, ale gdy machnąłem kartą lojalnościową, sam menadżer hotelu prowadził nas do apartamentu.

Ale mimo wszystko być 111 dni w podróży to musi być bardzo kosztowne.

Wiesz, nie liczę, ile dokładnie wydaję na podróże. Ale ja mam zwykłą urzędniczą pensję, więc to nie jest tak, że trzeba być milionerem. Moje podróżowanie polega na wyszukiwaniu specjalnych okazji, tanich lotów, zniżek w rodzaju "Budapeszt za 80 zł", "autobusem do Berlina za 30 zł", "za 40 zł do Wilna". A jak w daleki świat, to są to wydatki rzędu 400 zł do Japonii, za 800 na Kubę. I dlatego właśnie z wyprzedzeniem kupuję bilety, szukam jakiś specjalnych zniżek. Przy okazji dalekich lotów zazwyczaj korzystam z lotów kombinowanych, a także z wpadek i błędów popełnianych przez linie lotnicze.

Z błędów?

To, że liniom coś się w wycenie pomyli, wcale nie zdarza się tak rzadko. Są nawet specjalne serwisy wyłapujące właśnie takie wpadki w taryfowaniu. Mam założone alerty w kilku takich portalach i aplikacje z powiadomieniami o kolejnych propozycjach. Tego jest tak dużo, że można przebierać w okazjach jak ulęgałkach. Ale tu się nie ma co nastawiać na konkretny kierunek, tylko na fajną zniżkę. Im bardziej jest szalona, tym mniej ma się też czasu na decyzję, bo pula biletów kończy się momentalnie. Kiedyś bilet kupowałem, będąc w Japonii. Zaszedłem do centrum handlowego, gdzie podłączyłem się do WiFi i nagle wyskoczyło mi zawiadomienie, że są okazyjne loty w biznes klasie do Stambułu. Ale trzeba było rezerwacji dokonać od razu, a do tego tylko i wyłącznie przez japońską stronę. Trochę po omacku przebijając się przez te ich "krzaczki", siedząc na ławeczce przed sklepem, wykupiłem ten bilet.

Jaki miałeś najbardziej ekstremalny wyjazd?

Czarnobyl. Tam się jeździ tylko z biurem podróży, ale to jest naprawdę bardzo mocne doznanie. Sam Czarnobyl jest zamieszkanym miastem, ale Prypeć jest już naprawdę miastem duchów, całkiem wymarłym. Taki krzyk ciszy. Urzekła mnie też Birma. Byłem tam kilka lat temu, jeszcze jak nie było tam tak wielu turystów, którzy powoli ją zadeptują. Podobnie jest na Kubie, która przestaje być zamkniętą wyspą. Byłem też w Korei Północnej na specjalnej zorganizowanej wycieczce.

I nie miałeś potem problemów z wjazdem do Stanów Zjednoczonych?

Tak, ale już na innym paszporcie, bez koreańskiej wizy. Bo na to, jakie wizy, jakie pieczątki ma się w paszporcie, trzeba uważać. Bywa źle widziane, że się w pewnych miejscach było. Przed wizytą w krajach arabskich pieczątkę z Izraela musiałem pozaklejać innymi wizami.

No dobrze: mam 10 dni wolnego w sierpniu, żadnych planów, nie chcę jechać z biurem podróży. Jest szansa bym jeszcze coś fajnego i taniego znalazła?

Grecja. To jest teraz dobre miejsce. Mają kłopoty, obawiają się ucieczki klientów i turystów, a więc można tam sporo wynegocjować.

*Łukasz Przybyłek: 35-letni pracownik Lasów Państwowych, autor bloga Lotoholik.pl