Anna Sobańda: Czy pamiętasz moment, w którym w twojej głowie pojawiła się myśl o zrobieniu Korony Ziemi?

Miłka Raulin: Tak, to było, kiedy wracałam samolotem z Nairobi do Warszawy po zdobyciu Kilimandżaro. Pomyślałam wówczas, że nie mogę oddać się górom w stu procentach, bo mam dziecko, ogranicza mnie też praca na pełnym etacie, a poza tym nie chcę tak bardzo ryzykować. Zaczęłam się zastanawiać, jak zrobić, by moje codzienne kolejarskie obowiązki nie przytłoczyły pasji do gór, co zrobić by realizować swoje marzenia i spędzać czas w miejscu, które kocham. W górach. Uznałam więc, że Korona Ziemi, jest w zasięgu moich możliwości. Wtedy nie wiedziałam jeszcze czym grozi moje zobowiązanie. Nie wiedziałam ile to wszystko będzie kosztować. I nie chodzi tu o niebotyczne kwoty, które trzeba pozyskać na realizację takiego projektu, ale przede wszystkim o czas jaki trzeba poświęcić i cenę jaką za to się płaci.

Postanowiłaś zdobyć Koronę Ziemi, mając pracę na pełnym etacie i tylko 26 dni urlopu?

Oczywiście. Pogodzenie tego projektu z etatem jest możliwe, trzeba tylko mieć duży szacunek do swojego czasu i do czasu innych. Mając 26 dni urlopu jesteś w stanie to zrobić zbijając na przykład ten urlop w okresach świątecznych. Niestety przez to zdarzało się, że nie mogłam być na Święta z moim dzieckiem. To cena, jaką musiałam zapłacić za Koronę Ziemi.

Bolała cię ta decyzja?

Trochę tak, ale mój syn żyje, ma się dobrze. Mieliśmy ze sobą kontakt telefoniczny, był moment, w którym było mi przykro, że nie jestem obok niego, ale podjęłam taką decyzję i nie mogłam przecież nad tym rozpaczać.
Da się więc godzić takie wyprawy z pracą na etacie, trzeba tylko sensownie planować urlopy i mieć fajnego szefa.

Ty miałaś to szczęście?

Tak, w tamtym okresie miałam świetnego szefa, który rozumiał moją pasję i wiedział, że nie będę lepszym pracownikiem, jeśli on mnie ograniczy. Powiedział więc „Miłka jedź, tylko ogarnij wszystkie swoje sprawy przed wyjazdem. Wiem, że zrobisz to najlepiej”. To szalenie ważne, żeby taki pracodawca zaufał swojemu pracownikowi, który posiada umiejętność zarządzania czasem.

To będzie wiedział mądry szef. Czy zmieniając pracę patrzyłaś na to, czy kolejny pracodawca będzie pozwalał ci realizować twoją pasję?

Do pewnego momentu miałam bardzo fajnych pracodawców. Niestety w ostatniej pracy nastąpiła zmiana szefa i pierwszy raz spotkałam się z mobbingiem i dyskryminacją, co doprowadziło mnie do problemów zdrowotnych. Tuż przed wyprawą na Everest okazało się, że mam tachykardię, a stres jakiemu byłam poddawana w miejscu pracy wyniszczał mój organizm bardziej niż najtrudniejsze szczyty. To skłoniło mnie do założenia fundacji Wykrzyknik, która ma przeciwdziałać mobbingowi i dyskryminacji. Obecnie czekam na jej rejestrację w sądzie.

Odeszłaś z tego miejsca pracy?

Po powrocie z Everestu złożyłam wypowiedzenie, w którym na 3 stronach argumentuję moją decyzję.

Czy na swojej podróżniczej ścieżce spotykałaś się z krzywdzącymi stereotypami?

Nie do tego stopnia jak na ścieżce zawodowej. Ale to prawda, bywały takie sytuacje. Zresztą wydaje mi się, że górskie środowisko nie traktuje mnie poważnie. To są wyczynowcy, a ja jestem inżynierem i matką, która spełnia swoje marzenia. Reasumując stereotypy w górach są, ale są dużo mniejsze, niż w takich typowo męskich branżach takich jak: motoryzacja, kolejnictwo, czy lotnictwo.

Piszesz w książce, że Piotra Pustelnika i Krzysztofa Wielickiego nikt nie pyta o to, kto opiekuje się ich dziećmi, kiedy byli na wyprawach. Tobie zaś zdarza się dość często odpowiadać na tego typu pytania. Złości cię to?

Niestety mamy do czynienia z większą wyrozumiałością dla mężczyzn, którzy robią wielkie rzeczy, niż dla kobiet, które realizują swoje plany. Uważam, że z tymi stereotypami trzeba walczyć, bo filarem każdego dzieciństwa jest zarówno mama, jak i tata. To nie jest tak, że taty brakuje dziecku mniej. Mężczyźnie łatwiej jest wyjechać, zostawić rodzinę niż kobiecie. My jesteśmy pod większą lupą społeczna, bo matka powinna siedzieć w domu z dzieckiem. Myślę, że trzeba zmieniać ten sposób patrzenia na realizujące się matki. My też mamy swoje pasje i marzenia, które powinnyśmy pielęgnować, bo nasze dzieci kiedyś zamkną drzwi i powiedzą „cześć mamo, fajnie było, dziękuje ci bardzo za te ostatnie 20 lat”. I wiele kobiet budzi się wówczas z myślą „tylu rzeczy nie zrobiłam, a teraz już nie mogę”. A prawda jest taka, że nic się nie stanie jak dziecko pobędzie trochę pod okiem taty. Schowajmy nasz perfekcjonizm i chęć kontroli wszystkiego. Będzie brudne, trochę głodne i jak raz nie umyje zębów to nic mu się nie stanie (śmiech)

Niektóre szczyty zdobyłaś w czasie samodzielnych wypraw. Wolisz podróżować sama?

Samodzielne podróżowanie zaczęło się od przypadku. Kiedy po udanej wyprawie do Indii, w której wzięły udział 4 osoby, zaczęłam planować Nepal, rzuciłam wśród znajomych hasło, że organizuję taki wypad z pytaniem, kto jest chętny. Oczywiście zgłosiło się wiele osób, ale kiedy doszło do kupowania biletów, okazało się, że wszyscy się wykruszyli i zostałam sama. Początkowo bardzo się bałam, przekonała się jednak, że w samotnym podróżowaniu można się rozsmakować.

Co ci się spodobało w samotnych wyprawach?

Taka podróż ma zupełnie inny charakter. Testujesz swoją osobowość, to jakim jesteś dla siebie kompanem, jakim jesteś organizatorem, czy radzisz sobie w trudnych sytuacjach. Poza tym, zupełnie inaczej odbiera się wówczas to, co wokół nas. Podróżowanie w grupie kilku osób mówiących w twoim języku, bardzo zmniejsza szanse na to, że poznasz kogoś przypadkowego - wyjątkowego, a takie spotkania są niezwykle ciekawe.

Na co podczas takich samotnych podróży trzeba zwrócić szczególną uwagę?

Niestety samotnie podróżująca kobieta musi liczyć się z większym ryzykiem. Najważniejszy jest odpowiedni dystans zwłaszcza wobec nieznajomych osób. Należy zachować równowagę pomiędzy ciekawością i otwartością na ludzi, a ograniczonym zaufaniem. Nie wolno podróżować nocą, czy wchodzić w ciemne zaułki z nieznajomymi. Trzeba też być trochę aktorem, chodzić po ulicach pewnym krokiem, nie wyglądać na turystę, którego łatwo naciągnąć czy oszukać. Ta metoda się sprawdza, robiłam tak nawet w stolicy Kenii, Nairobi. Polecam też słuchać tego, co w hostelach mówią lokalsi. Jeśli odradzają wyprawę w jakieś części miasta, to tam nie idź.

Zdarzyły ci się jakieś groźne sytuacje?

Nigdy nie spotkało mnie nic tak strasznego, żebym powiedziała sobie „koniec z samotnym podróżowaniem”. Miałam sytuację, w której chciano mnie okraś. Zdarzyło się to w samym centrum Chile, gdzie paradoksalnie pierwszy raz od jakiegoś czasu byłam z dwiema chilijskimi koleżankami. Okazuje się bowiem, ze kiedy jesteś w towarzystwie innych osób, twoja czujność jest uśpiona, a odpowiedzialność za bezpieczeństwo rozmywa się na kilka osób. Kiedy więc siedziałyśmy w parku w centrum Santiago de Chile, a wokół nas było pełno ludzi, kątem oka dostrzegłam, że ktoś idzie w moim kierunku. Od razu zapaliła mi się lampka ostrzegawcza. Szybko pomyślałam co mam najcenniejszego i uznałam, że to plecak i znajdująca się w nim kamera, którą musiałam nagrać zdjęcia dla sponsorów. Rzuciłam się wiec na ten plecak, a złodziej rzucił się na mnie. Zaczęłam go gryźć, on szarpał mnie za włosy. Uznał jednak, ze jestem zbyt trudnym łupem, więc odpuścił i uciekł. Gdybym widziała, że on ma nóż albo inne niebezpieczne narzędzie, odpuściłabym, bo nie ryzykowałabym życia dla kamery. Myślę ze każdy sponsor by to zrozumiał.

Piszesz też o zdarzeniu, w którym uniknęłaś zamachu

Tak, to był wybuch bomby w Nairobi. Wydarzyło się to dokładnie w miejscu, z którego odjechałam 15 minut wcześniej. Miałam jakieś przeczucie, że muszę stamtąd odejść i to mnie uchroniło.

Korona Ziemi to wymagający projekt, również finansowo. Ile kosztowało jej zdobycie?

Około pół miliona złotych. Przy czym pierwsze wyprawy można robić po bardzo niskich kosztach, dosłownie za parę set złotych. Natomiast od piramidy Carstensza zaczyna się bardzo droga zabawa. Piramida, Denali, Antarktyda i Everest to najbardziej kosztowne wyprawy.

Który szczyt był najdroższy?

Everest. Kosztował 85 tys., dolarów, z czego ponad 70 tys. to koszt samej agencji, ponieważ dla mnie najważniejsze było bezpieczeństwo, wybrałam jedną z najlepszych agencji na rynku. Najwyższy szczyt Ziemi można jednak zdobyć o połowę taniej, za ok. 35-40 tysięcy złotych.

Jak zdobywa się takie pieniądze?

Zdobywanie funduszy było momentami trudniejsze, niż zdobywanie samych szczytów.
To był bardzo długi proces, zdobycie pieniędzy na sam Everest trwało ok. 1,5 roku. Miałam wejść na ten szczyt rok wcześniej, ale nie udało mi się uzbierać środków.
Przed Everestem wysłałam ok. 6 tys., ofert sponsorskich. Słałam je do sekretariatu i jednocześnie do działu marketing oraz rzecznika tej samej firmy, żeby zwiększyć prawdopodobieństwo, ze mój mail do kogoś trafi. Mam świadomość, że byłam czasami bardzo upierdliwa, że niektórych pewnie irytowałam, ale tak to właśnie wygląda. Gdyby nie ta konsekwencja, to tych pieniędzy nie udałoby mi się zdobyć. Trzeba przekonać firmę, że wyłożenie pieniędzy na twoją wyprawę, to będzie dla nich jakaś wartość. Trudno się to robi, kiedy się jest totalnym nonamem.


Miałaś czasem poczucie presji związane z tym, że ktoś wyłożył na twoją wyprawę ogromne pieniądze, a Ty nie zdobędziesz szczytu?

Nie miałam takiego poczucia, ponieważ swoim sponsorom zawsze uczciwie mówiłam „kochani, wniosę waszą flagę najwyżej jak się da”. Nigdy nie obiecywałam zdobycia szczytu. Próbowałam ich też uświadomić, że nawet z braku sukcesu można zrobić coś fajnego. Gdybym wycofała się w jakimś momencie w trosce o swoje bezpieczeństwo, to też przekulibyśmy to w sukces. Dla każdego z moich sponsorów najważniejsze było to, żebym wróciła cała i zdrowa.

Który ze szczytów sprawił ci najwięcej trudności?

Zdecydowanie Denali, czyli najwyższy szczyt Ameryki Północnej.

Czyli nie Everest?

Paradoksalnie nie. Everest jest trudny z tego względu, że organizm tam bardzo źle funkcjonuje, bo to absolutnie nie jest środowisko dla człowieka. Ta góra boli. Wszystko się tam robi źle, źle się oddycha, źle się chodzi, źle się śpi i źle się trawi. Technicznie zaś to nie jest trudna góra.
Na Denali trudność polega na dwóch rzeczach. Po pierwsze jest bardzo zimno, a po drugie nie ma tam jaków, mułów czy porterów i mając świadomość, że można utknąć na górze nawet na 2-3 tygodnie, cały sprzęt i prowiant trzeba wciągnąć samemu. To mnie bardzo wyczerpało, dla mojego 50 kilogramowego ciała wniesienie na górę 24 kilogramowego i ciągnięcie za sobą 30 kilogramowych sań plecaka to było zbyt wiele. Po tej wyprawie dotarło do mnie, że nie muszę nikomu udowadniać, że jestem silną babą. Pogodziłam się z tym, ze jestem słabsza fizycznie od facetów.

Zdobyłaś Koronę Ziemi i co dalej?

Właśnie rozpoczynam projekt związany z 100 rocznicą odzyskania niepodległości. Przejadę na rowerze Polskę z południa na północ, czyli z gór które kocham, do Gdyni, w której się urodziłam. Przejadę przez 3 zabory, będę robiła przystanki, w których dowiemy się czegoś o historii tych miejsc. Zależy mi na tym, żeby 11 listopada to była nasza wspólna rocznica, żeby nie było podziałów. Jestem Polką i chcę być dumna z tego święta.
Mam też plany na kolejny duży projekt, ale na razie nie mogę zdradzić szczegółów. To będzie bardzo duża sprawa, wymagająca ogromnych funduszy, może uda się zrealizować ją w 2020 roku.