Anna Sobańda: Jeździsz ciężarówką po Stanach Zjednoczonych, ostatnio także po Wietnamie, sporo też podróżujesz, czy są gdzieś na świecie gorsze drogi niż w Polsce?

Dawid Andres: Moim zdaniem polskie drogi nie są takie złe. Wyjeżdżałem z kraju 20 lat temu, pierwszy raz przyjechałem tu po 10 latach i już wtedy zobaczyłem ogromną różnicę na plus. Teraz jest jeszcze lepiej. Z mojego rodzinnego Gorzowa Wielkopolskiego do Warszawy jechało się 7-8 godzin, a teraz zajmuje to tylko 4,5 godziny. Mamy naprawdę fajne autostrady. A jeśli miałby wskazać kraj, w którym drogi są gorsze niż u nas, to powiedziałbym, że są to Filipiny. Moja żona stamtąd pochodzi, często tam jestem i uważam, że mają straszne drogi.

A jak to jest z kulturą jazdy polskich kierowców. Jak wypadamy w porównaniu na przykład do Amerykanów?

Jedyne, czego nie lubię i nie rozumiem na polskich drogach, to jazda na zderzaku. Kiedy na drodze wyprzedzają się dwa TIRY, wiadomo, że chwilę to zajmie. Tymczasem jadący lewym pasem kierowcy dojeżdżają niemal do samego zderzaka jednego z nich i dopiero w ostatniej chwili wyhamowują, a przecież wiedzą, że ciężarówka i tak im od razu nie zjedzie. Ja też mam problem z tym, że w Stanach można na czerwonym świetle skręcać w prawo, natomiast w Polsce trzeba czekać na zieloną strzałkę. Czasem o tym zapominam (śmiech). Generalnie jednak nie narzekam na kulturę jazdy na polskich drogach.

Czyżbyś na emigracji zatracił charakterystyczne dla Polaków zamiłowanie do narzekania?

Wiesz, ja mam bliski kontakt z trzema kulturami – polską, amerykańską i filipińską i powiem ci, że wszyscy narzekają, a przodują w tym Amerykanie.

Jak to, a słynne amerykańskie „I’m fine”, przecież oni słyną z tego, że są wyluzowani i zawsze uśmiechnięci.

To nie jest prawda. Amerykanie dużo narzekają na małe niedogodności, których Polak nawet by nie zauważył. Wynika to z faktu, że mają pieniądze i bardzo łatwe życie. Zawsze im wtedy powtarzam, że powinni przyjechać do Polski i spędzić tu trochę czasu, to wówczas doceniliby to, co mają. Nie powiedziałbym więc, że to my jesteśmy narodem, który tak strasznie narzeka.

Obalasz kolejny stereotyp dotyczący Polski. Czyżbyś tęsknił za krajem?

Teraz, kiedy ktoś mnie pyta, gdzie jest mój dom, to mówię, że w Stanach Zjednoczonych. Tam poznałem swoją żonę, tam się urodziły moje dzieci. Uwielbiam jednak przyjeżdżać do Polski i nie składam deklaracji, że nigdy tu nie wrócę na stałe. Myślę, że nawet chciałbym tu mieszkać, ale mam nastoletnie dzieci, które za chwilę pójdą na studia i tam mają więcej perspektyw.

Twoje dzieci czują się Amerykanami?

Tak, chociaż mówią po polsku, ponieważ ja rozmawiam z nimi w swoim języku.

Udaje ci się łączyć pracę z pasją do podróżowania. Od zawsze miałeś taki pomysł na siebie?

Zawsze marzyłem o tym, żeby podróżować, ale nie miałem na to pieniędzy. Kiedy byłem na drugim roku studiów, kolega powiedział mi, że dostał się do pracy na statek pasażerski. Pomyślałem, że to świetna sposób, żeby połączyć zarabianie pieniędzy z podróżowaniem. Wziąłem udział w rekrutacji, przeszedłem ostrą selekcję, bo chętnych było bardzo wielu, a miejsc tylko kilka i udało się. Zostałem przyjęty. Okazało się jednak, że to bardzo ciężka, katorżnicza wręcz robota.

Kim byłeś na tym statku?

Moja pozycja była trzecia od końca (śmiech). Na samym dole był śmieciarz, później gość na zmywaku, a następnie ja. Byłem chłopakiem do wszystkiego, coś w rodzaju przynieś, wynieś, pozamiataj. Po jakimś czasie dostałem promocję na asystenta kelnera.

Długo wytrzymałeś na statku?

Pracowałem na dwóch statkach, a z drugiego uciekłem i tak zaczęła się moja przygoda ze Stanami. Kiedy dopłynęliśmy do wybrzeża USA, a konkretnie do San Diego, to zszedłem z pokładu i już na niego nie wróciłem.

Nie groziły ci za to żadne konsekwencje?

Miałem przez to problemy, nie mogłem dostać papierów w USA mimo, iż moja żona jest Amerykanką. Nawet amnestia za Reagana nie obejmowała tych ludzi, którzy uciekli jako załoga statków czy samolotów. Miałem więc skomplikowaną sytuację, musiałem na jakiś czas stamtąd wyjechać, żeby to wszystko wyprostować. Ale wracając do twojego pytania, to zawsze starałem się szukać pracy, która łączy się z podróżowaniem. Pracowałem na przykład w Norwegii, gdzie zakładałem telewizję kablową. Jeździłem wtedy po całej Skandynawii instalując telewizory.

A skąd pomysł na Tira?

Chciałem zobaczyć, jak wygląda Ameryka. Wiem, że bardzo wiele osób wyjeżdża do USA za pieniędzmi, bo marzy im się amerykańskie życie. Ja wyjechałem za przygodą. Tak się zaczęła moja praca na ciężarówce. Teraz mam kolejną pracę, czyli kręcę programy, w których jeżdżę po świecie ciężarówką. To jest moje motto życiowe – pracować i zwiedzać.

Często ci się zdarza, że ludzie pytają cię jak znaleźć pracę w Stanach Zjednoczonych?

Zdarzało mi się, że ludzie na Facebooku pytali, czy pomogę im znaleźć pracę, czy załatwić jakieś papiery. Napisałem więc, że ja takich rzeczy nie załatwiam. Zdarza mi się również, że ktoś zupełnie mi obcy prosi, żebym mu coś kupił w Stanach, bo jestem jedyną osobą, jaką tam zna (śmiech).

Jak to się stało, że trafiłeś do telewizji?

Wraz z bratem przepedałowaliśmy na rowerach Amazonkę, jadąc wzdłuż rzeki i płynąc na nich po rzece. Zrobiliśmy to jako pierwsi ludzie na świecie. To była ekstremalna podróż, bo Amazonka, największa rzeka świata, to nie tylko żywioł natury zaskakujący na przykład ogromny falami i sztormami jak na oceanie. To także obszar opanowany przez gangi, kartele narkotykowe i piratów. Nam się udało to wszystko przeżyć i kiedy wróciliśmy do Polski dostaliśmy nagrodę Kolosa w kategorii „Wyczyn roku”. Dzięki temu zrobiło się o nas głośno. Zgłosili się do mnie producenci oraz kilka stacji telewizyjnych, proponując realizację programu podróżniczego. Ja miałem jednak straszny dylemat i wyrzuty sumienia.

Dlaczego?

Ponieważ czuję się podróżnikiem i uważałem, że pracując dla telewizji w jakiś sposób się sprzedaję. Ostatecznie jednak zdecydowałem się na współpracę, ale na takich warunkach, że będę sobą i nie będę musiał niczego udawać, a to co pokażemy na antenie to będzie moje prawdziwe życie.

W nowym sezonie swojego programu wciąż będziesz jeździł ciężarówką, ale tym razem nie po Stanach, a po Wietnamie. Dlaczego akurat tam?

W programie udało mi się zrealizować mój pomysł na zwiedzanie świata. A pojawił się on, gdy pewnego razu wpadła mi w ręce gazeta, w której był ranking najpiękniejszych postojów dla ciężarówek. Artykuł opisywał taki postój w Indiach, na którym są meczety, kościoły, piękne fontanny i przechadzające się pawie. Pomyślałem sobie wówczas, że byłoby super pojeździć po świecie w taki właśnie sposób, czyli pracując jako kierowca ciężarówki. A na pomysł samego Wietnamu wpadł producent programu Maciek Dębowski.

Zatrudniłeś się jako kierowca ciężarówki w wietnamskiej firmie?

Tak. Znaleźliśmy firmę transportową, zatrudniłem się w niej i woziłem ich ładunki.

Jak odnalazłeś się na azjatyckich drogach?

Początek był trudny, bo na pierwszy rzut oka na wietnamskich drogach panuje totalny chaos. Jechałem na przykład ciężarówką i nagle, nie wiadomo skąd pojawiała się i otaczała mnie ze wszystkich stron chmara skuterów. Moja średnia prędkość to było jakieś 40-45 km/h. W dodatku panuje tam zasada kto pierwszy ten lepszy, ale nikt się na takie zachowania nie wkurza. Zdarzało się, że ktoś wymuszał na mnie pierwszeństwo, hamowałem tak, że mało nie wbijałem zębów w kierownicę. Byłem wściekły, ale później zorientowałem się, że tam po prostu tak się jeździ. Z czasem sam zacząłem tak robić i nikt nigdy za to na mnie nie trąbił. W tym całym bałaganie oni mają więc swój ład i swoje zasady. Około tygodnia zajęło mi oswojenie się z tym, ale później było już łatwiej.

Dostałeś jakieś mandaty?

Tylko dwa, chociaż na początku co chwilę nieświadomie łamałem prawo. Wydawać by się mogło, że skoro tam taki chaos na drogach, to nikt tego nie pilnuje, tymczasem co złamałem jakiś przepis, to nagle nie wiadomo skąd pojawiała się policja.

Co oprócz wietnamskich zasad ruchu drogowego zobaczymy w programie?

Ideą mojego programu jest to, żeby pokazać świat. Dogadałem się z moim wietnamskim szefem, że będzie wysyłał mnie w jak najwięcej nowych miejsc, dzięki czemu zwiedziłem prawie cały Wietnam. Byłem w miejscach, gdzie prawie nie ma turystów. Starałem się pokazać, jak wygląda normalne życie w tym kraju. Fajne było to, że jako kierowca nie byłem traktowany jak turysta. Czasem miałem wrażenie, że jestem pierwszym obcokrajowcem, który jeździ po ich drogach. Jak płaciłem za bramki przy autostradach, to wszyscy wychodzili z budek, żeby mi się przyjrzeć. Wietnamczycy okazali się wspaniałymi, bardzo gościnnymi ludźmi. Ciągle mnie gdzieś zapraszali, chętnie pokazywali też, jak żyją.

Czy to, że poruszasz się ogromną ciężarówką nie ogranicza twojego podróżowania?

Tak się zdarza. Jednak moje założenie jest takie, że łączę podróżowanie z pracą. Poza tym, to, że mam jakieś zadanie do wykonania, że wiozę ładunek, na który ktoś czeka, jest dla mnie dodatkowym wyzwaniem

Zdarzyły ci się w Wietnamie jakieś niebezpieczne sytuacje?

Tak. Były momenty, że bardzo się bałem. Wietnam to góry, kręte drogi i na dodatek ulewne deszcze. Do tego doszła moja słaba wiedza na temat jazdy po tym kraju. Popełniłem kilka błędów i przeżyłem sytuacje, przez które myślałem, że spędzę parę lat w wietnamskim więzieniu. Na szczęście udało się z tego wybrnąć. O szczegółach nie będę mówił – lepiej, żeby widzowie sami zobaczyli je w programie.

Planujesz kolejne sezony programu w innych krajach?

Dopóki widzowie będą chcieli oglądać, będę pracował nad kolejnymi sezonami. Na razie mogę jednak zdradzić tylko tyle, że 2019 rok zapowiada się bardzo pracowicie.

Premiera programu "Ciężarówką przez Wietnam" we wtorek 19 lutego o godzinie 21.00 na kanale Discovery Channel