Dziennik Gazeta Prawana logo

W Mediolanie nie ma kryzysu!

30 stycznia 2009, 14:07
Ten tekst przeczytasz w 5 minut
Dobra wiadomość dla miłośników wyprzedaży: w Mediolanie zakupowe szaleństwo trwa w najlepsze. "Jak patrzysz na te wszystkie kobiety z zakupami na Montenapo, to zastanawiasz się: jaki kryzys?" - mówi Francesca, którą poznałam w barze Jamesa Bonda, mediolańskim Westin Palace.

Choć Martini poleca to miejsce jako serwujące drink agenta 007, to jednak zamawiam Campari - w końcu pochodzi właśnie z Madiolanu. Francesca parzy jing tea. "Patrz na to" - mówi, wrzucając zieloną kostkę do czajniczka. Po chwili listki herbaty rozwijają się niczym płatki, a w środku pojawia się czerwony kwiat. Rozbawiony barman kręci głową i dodaje: "Pomyśleć, że gdy przy barze rok temu siedział Roger Moore, pił najbardziej wytrawne martini - wstrząśnięte oczywiście". A dla nas to dopiero początek wieczoru.

Francesca prowadzi mnie do miejsca serwującego najlepszy aperitif w mieście - hotelu Sheraton Diana Majestic. To pierwszy z mediolańskich hoteli, który udostępnił swój przepiękny ogród nie tylko swoim gościom. Z zewnątrz imponująca zdobna fasada, kolumienki, barokowe zawijaski.

Za to w recepcji klimat jak w modnym klubie. Odsłaniam kotarę i... oczom nie wierzę. Jestem w świecie rodem z "Vogue’a" lub na after party po pokazie wszystkich najlepszych projektantów naraz. Kobiety z torebkami co najmniej od Louis Vuitton, mężczyźni cali w Armanim, Zegni i Fendim, dobranych z iście włoską fantazją. W minimalistycznym wnętrzu, przy akompaniamencie DJ-a i na tle, niestety niezielonego o tej porze roku, ogrodu.

"Tu bawi się mediolańska śmietanka" - mówi Francesca. A ja mam wrażenie, że nie jestem odpowiednio (raczej odpowiednio modnie) ubrana. "Nie przejmuj się, za mediolańskimi elegantkami nawet mnie, rodowitej Włoszce, niekiedy trudno nadążyć" - pociesza Francesca. "Ale idziemy jutro na zakupy" - dodaje zaraz. Pewnie, w końcu zaczęły się wyprzedaże! Tymczasem zamawiam drinka - wszystkie są za 12 euro (za to przekąski w cenie) - i rozglądam się po barze, podziwiając wypięknionych ludzi niemal jak eksponaty w muzeum.

Nazajutrz wszystkie fashion victims świata spotykam w modowym sercu Mediolanu - Quadrilatero della moda wytyczonym ulicami: Via Manzoni, Via della Spiga i Corso Venezia. Na najmodniejszej chyba Via Monte Napoleone (potocznie Montenapo) sąsiadują ze sobą: Gucci, Louis Vuitton, Ralph Lauren, Chopart, Tiffany, Valentino, Chanel... Na nieco spokojniejszym deptaku Via del Spiga: Cavalli, Dolce & Gabbana, Giorgio Armani, Prada.

Między butikami jak w transie pielgrzymują maniaczki mody. Zresztą zakupowe szaleństwo łatwo się udziela. A obniżki cen kuszą, choć im większa marka, tym dyskretniej wyprzedaże są oznaczone, a niektóre domy mody zapraszają na nie tylko stałych klientów.

Ilość tekturowych toreb z logo zdradza zasobność portfela klientek. I gust. Włoszki rozpoznaję po minimalizmie w stroju, zaskakujących dodatkach i obowiązkowo - markowej torbie. Przyjezdnych po tym, że mają na sobie plon wczorajszych zakupów. A turystów po tym, że zaciekle fotografują prześcigające się oryginalnością wystawy.

Zdecydowanie najbardziej nietypowy jest butik Victor & Rolf. Tu moda dosłownie wywróciła świat do góry nogami. Na podłodze złoty żyrandol, z sufitu zwisa krzesło. Do środka prowadzą drzwi - też na odwrót. Chodzi się po suficie, a siedzi na wymoszczonych poduchami łukach sklepienia. Tylko ubrania na wieszakach nie oparły się żartowi z prawa grawitacji.

By odetchnąć, wchodzimy do OYA, jedynej bodaj kawiarni pośród butików. Przy barze elegantki zapominają na chwilę o tym, że ubrania od projektantów najlepiej wyglądają na rozmiarze 34 i wsuwają wyśmienite cornetto z kremem. A torby z zakupami tworzą mur niemal nie do przejścia.

"Ten tłok potwierdza, że <made in Italy> to jakość" - woła śpiewnie Francesca, rozglądając się wokół. "Chodź, dość już tych marek, pokażę ci miejsca, w których jakość i niepowtarzalność wzorów jest najważniejsza, a ceny sporo tańsze. 10 minut taksówką stąd i kupisz rzecz, której nie ma nikt inny" - mówi.

Jedziemy w okolice Navillo Grande Canall, który płynie tu niczym w Wenecji. A potem, ginie pod ziemią i niewidoczny oplata całe miasto. Wzdłuż niego zgrabne kamienice z kolorowymi fasadami. Tłumów nie ma. Gdy wchodzimy w podwórka, wyjaśnia się, dlaczego - trafić tu niełatwo.

Ale już pierwszy butik zaskakuje. Projektantka Marcella, na bieżąco kreśli stroje, obok na wieszakach, gotowe dzieła z metką Marzona. Perfekcyjnie skrojone i wykończone. Z najlepszych materiałów. Pokazuje swój wynalazek - połączenie szala i bolerko-sweterka. Idealny na chłodny wieczór i garden party. Z bawełny za 65 euro, a z kaszmiru za 95 euro. Dalej, przy ulicy Vicolo Lavandai 6, butik Selene Giorgi tworzącej zwiewne, tkane niczym z sieci pająka bluzki i suknie. Nad stołem wiszą zwoje wełny i jedwabiu. Trudno sobie wyobrazić, że to właśnie z nich powstaje sukienka mgiełka.

Po przeciwnej stronie kanału trafiamy też na maleńki warsztat jubilerski kryjący się pod niepozornym brązowym szyldem: Arpaia Tempo Prezioso, Laboratorio Artiginale. Kto by pomyślał, że tu powstają cacuszka od Buccellatiego. Można też zamówić biżuterię wg własnego projektu.

Uff. Mam dość zakupów. Idziemy na najlepszą pizzę w mieście, do małego lokalu Rugantino prowadzonego przez rodowitego rzymianina - Mauricia. Na placu St. Lorenzo niełatwo o wolny stolik z widokiem na jedyne zachowane w Mediolanie kolumny rzymskie - Colonne di San Lorenzo. Jest godz. 14, czyli lunchowe pory szczytu. -"To jednak nic" - śmieje się Francesca. Bilety na najsłynniejszą kolację, <Ostatnią Wieczerzę> autorstwa Leonarda da Vinci w kościele Santa Maria delle Grazie, trzeba rezerwować i dwa miesiące do przodu. A możesz ją oglądać tylko 15 minut.

W głowie mi szumi od nadmiaru metek, wzorów, krojów i kolorów... Serwuję sobie relaksacyjny masaż. Gdy wchodzę do hotelowego pokoju, masażystka już czeka, gra przyciszona muzyka. Zakupowe myśli odchodzą w dal, a stopy ściśnięte w modnych butach przestają wreszcie boleć. Chociaż gdy przypomnę sobie niebotyczne szpilki Francesci, na których z gracją kiwała się na mediolańskich kocich łbach... No cóż, stolica mody ma swoje wymagania.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj