Najtańszy bilet, który udało się Panu upolować – to ile kosztował?
350 zł. Tyle dokładnie zapłaciłem za lot z Seulu do Nowego Yorku, w pierwszej klasie, linią pięciogwiazdkową, ze wszystkimi opłatami. Choć zwyczajowo taki bilet kosztuje około 22 tys. zł.

Ale jak to?!
Wymieniłem mile z programu lojalnościowego, a było ich około 100 tysięcy – każda z nich wyceniana jest na około 3 grosze – a w gotówce opłaciłem tylko podatki lotniskowe. A to oznacza, że przelot kosztował mnie w sumie 1/8 wartości całego biletu.

To bonus za częste latanie, a jeśli chodzi o tradycyjne promocje?
Były dwa takie loty. Pierwszy za 800 zł, z Wilna do Nowego Jorku, w dwie strony. Co ciekawe, to była podróż w okresie świąteczno-sylwestrowym. A trzeba pamiętać, że między 15 grudnia a 10 stycznia linie lotnicze zawsze zawyżają ceny, średnio o 300 proc. Doskonale wiedzą, że w tym gorącym okresie, bilety, niezależnie od tego, ile by kosztowały, i tak się sprzedadzą.

A ten drugi lot?
Był już do Ameryki Południowej, dokładnie do Patagonii; z Warszawy. Kosztował mnie 1100 zł, w dwie strony. Tak, da się latać tak tanio! Ale miałem też wykupionych kilka innych lotów, których niestety nie udało mi się wykorzystać, bo okazywały się błędami taryfowymi.

Osoba, która odpowiada za wprowadzanie cen do systemu pomyliła się i…
…a to zapomniała jednego zera, a to np. przestawiła jedynkę z dwójką. To jeden typ błędu taryfowego. Ale jest i drugi – kiedy to system nie doliczył automatycznie podatków czy np. źle przeliczy taryfę lotnicza. Takie bilety często pojawiają w Internecie, na portalach czy np. na FB. Pamiętam, że kiedyś upolowałem nawet lot do Nowej Zelandii za 400 zł, w dwie strony. Nie, nie poleciałem – linia odwołała te rezerwacje.

Jak z reguły przewoźnicy podchodzą do swoich wpadek?
Jedne przyznają się do błędu i wystawiają bilety w śmiesznie niskich cenach, inne, czytaj: większość, jednak je anuluje. Ale bywa i tak, że linia celowo się pomyli, bo to też dla niej skuteczny zabieg PR-owo marketingowy – pozwala albo podpromować dany kierunek, albo samemu się zareklamować.

Skoro już o reklamie mowa, bilety za 1 zł jeszcze się zdarzają?
Już nie. Tak było kilka lat temu, kiedy na polskich rynek wchodziły tanie linie, w tym np. Ryanair czy WizzAir. Teraz promocje pojawiają się głównie na dalekie loty. Ostatnio widziałem choćby Montreal z Berlina za 100 euro w dwie strony czy np. Nowy Jork, poza sezonem, bo w lutym, za 80 euro. Też z Berlina.

A tani bilet, to teraz w gruncie rzeczy jaki bilet? Bo nie brakuje głosów, że to 10-20 proc. mniej od standardowej ceny.
Tu nie ma reguły. Powiem tak: jeśli wiemy, że przewoźnik na danej trasie lata za ok. 2 tys. zł, a my widzimy w systemie rezerwacyjnym bilet za 1,5 tys. zł, to dłużej bym się nie wahał.

Ale dlaczego? Przecież Kowalski kombinuje tak: "A poczekam chwilkę, będzie jeszcze taniej".
Bo kiedy uwzględnimy wszystkie opłaty, które musi ponieść linia lotnicza, w tym m.in. za korzystanie z lotniska i wykorzystanie przestrzeni powietrznej – to może się okazać, że dla niej to już wartość marginalna; że bardziej z ceny zejść już nie może. Tak na marginesie, linie lotnicze nie zarabiają na pasażerach ekonomicznych, a przede wszystkim klasach: biznes i pierwszej. To głównie ci klienci tworzą zysk i rentowność danego połączenia.

No dobrze, a gdzie najlepiej szukać okazji?
Wszędzie, gdzie to tylko możliwe. Od wyszukiwarek po strony poszczególnych linii lotniczych. Tu nie ma jednej, uniwersalnej metody. Najważniejsze są z kolei: cierpliwość i elastyczność. Kiedy sam zaczynam szukać taniego biletu, nigdy nie definiuję kierunku, raczej obserwuję, jakie promocje się pojawiają i dopiero potem dopasowuje pod nie swoje plany.

Załóżmy w takim razie, że w te wakacje chciałabym polecieć do Azji...
To nie mówię sobie wtedy: "To koniecznie ma być Tajlandia, Kambodża czy Sri Lanka. Indie czy np. Nepal". Zamiast tego uważnie śledzę, co dana linia może mi zaoferować. Bo może się zdarzyć, że wybiorę np. Birmę, choć wolałbym Tajlandię, po czym wskoczę w samolot lokalnego przewoźnika i tym sposobem się tam dostanę. A trzeba mi wiedzieć, że loty wewnątrz Azji są już bardzo tanie.
Jeszcze raz to podkreślę: najważniejsze w tym przypadku jest zachowanie pełnej elastyczności – zarówno jeśli chodzi o kierunek, jak i dzień wylotu.

Zapominam w takim razie o wylotach w piątkowe wieczory i powrotach w niedzielne ranki.
Zdecydowanie! Bo wtedy ceny są najwyższe, a ruch na lotniskach największy. Po drugie, szukając połączeń, zawsze daję sobie margines dwóch-trzech dni na wylot. Bo kto powiedział, że nie mogę wylecieć w poniedziałek, a wrócić np. w piątek. Po trzecie, jestem elastyczny, jeśli chodzi o wybór lotniska. Mieszkam w Polsce, więc nie mam tak źle. Są dwa lotniska w Warszawie; ale też: Gdańsk, Poznań, Kraków, Katowice… A jeśli dodatkowo ktoś żyje przy granicy z Niemcami, to blisko ma i do Berlina. Na południu Polski? Może zahaczyć o Pragę, Wiedeń, Budapeszt. Poza tym jest też blisko Lwów, Wilno…

Co jeszcze warto uwzględnić, polując na promocje?
Alerty cenowe – warto je sobie ustawić, bo na maila przychodzić nam będą informacje, kiedy cena na interesujące nas połączenie spadła. Jeśli z kolei dopiero zaczynamy nasze podróżowanie, ale wiemy już, że latać będziemy często, warto zapisać się do programów milowych. Ale nie do wszystkich – bo będziemy się tylko niepotrzebnie rozdrabiać. Najlepiej jednego – wcześniej sprawdźmy tylko, jakie linie do niego należą. Dlaczego? Bo jeśli wybierać będziemy loty partnerskie, to może się okazać, że za 4-6 przelotów w roku dostaniemy bilet prawie za darmo. Do wykorzystania w późniejszym czasie.

A na co uważać, szukając promocji?
Przede wszystkim na koszt końcowy. Podam konkretny przykład: dajmy na to: mam połączenie z Barcelony do RPA za 800 zł w obie strony, podczas gdy z Warszawy taki lot kosztowałby mnie 2-2,2 tys. zł. Promocja jakich mało – myślę i czym prędzej rezerwuję. Ale za chwilę może się okazać, że do tego dojdą dwa noclegi w Barcelonie – główny lot będzie przecież dopiero następnego dnia rano – za ok. 300 zł za osobę. To już mamy 1,1 tys. zł. Przelot do i z Barcelony tanią linią – 400 zł za bilet plus 200 zł – bagaż. I już robi się 1,7 tys. zł. Dodajmy do tego jeszcze transfer do i z lotniska, to po podliczeniu wszystkich kosztów wychodzi nam już blisko 1,9 tys. zł. Nadal atrakcyjnie, bo jest taniej o 200-300 zł, ale rodzi się pytanie, czy gra jest nadal warta świeczki. Czy to faktycznie promocja? A może tylko już pozorna oszczędność, która niesie ze sobą dużo dodatkowych wydatków?

Marcin Wysocki - bloger, podróżnik, założyciel i pomysłodawca portalu poświęconego tanim podróżą po świecie tanibilet.eu