Podczas pierwszej pieszej wyprawy przeszliście 12 tys.km, z Panamy do Kanady. Skąd w ogóle taki pomysł?
Arkadiusz Winiatorski:
Pomysł na pieszą wędrówkę narodził się w mojej głowie, kiedy jeszcze Amerykę Południową poznawałem jeżdżąc autostopem. Od lat jestem prawdziwym wyznawcą takiej formy podróżowania z racji na łączącą się z nią dawką przygody, niepewności i - co najważniejsze - możliwość poznawania ludzi. Jednak po 1,5 roku przemierzania Ameryki Południowej z wyciągniętym kciukiem poczułem, że wciąż poruszam się zbyt szybko. Chciałem intensywniej, dogłębniej poznawać przemierzane rejony i jednocześnie spotykać więcej ludzi. Pragnąłem też sprawdzić siebie. Czy chudy, niepozorny chłopak, który nigdy nie uprawiał wyczynowo sportu, jest w stanie przejść kilka tysięcy kilometrów? Dzięki tej wyprawie odnalazłem w sobie pokłady siły i partie mięśni, o istnieniu których nie miałem pojęcia.

Podróż trwała dwa lata, kiedy dokładnie się zaczęła?
Jeśli prawdą jest, że podróż zaczyna się wtedy, kiedy powstają jej pierwsze plany, to było to w lutym 2017 roku, na południu Chile. Myśl o ruszeniu pieszo towarzyszyła mi przez kolejne miesiące jazdy autostopem w górę mapy w Ameryce Południowej. Aż po dotarciu do Panamy w listopadzie 2017 roku postanowiłem plany przekuć w czyn i ruszyć pieszo.

A kiedy się skończyła?
Aleksandra Synowiec:
Naszą pieszą wędrówkę skończyliśmy pod koniec sierpnia, kiedy dotarliśmy do Vancouver w Kanadzie. Na tym etapie postanowiliśmy nie iść już dalej pieszo. Do koła podbiegunowego, czyli celu podróży przez Ameryki, jaki Arek wyznaczył sobie na początku całej wyprawy, brakowało nam jeszcze 3 tysiące kilometrów, ale zdecydowaliśmy, że pokonamy je już autostopem. Zbliżała się zima, a Kanada potrafi przez setki kilometrów nie uraczyć żadną ludzką osadą, za to mnóstwem niedźwiedzi. Porwanie się dalej na pieszą wyprawę byłoby raczej efektowną formą samobójstwa. Pod koniec września zakończyliśmy zatem całość naszej podróży i wróciliśmy na zimę do Meksyku.

Jak się w ogóle można się do takiej wyprawy przygotować?
Arkadiusz Winiatorski: Długi czas zastanawiałem się, w jaki sposób transportować dobytek. Mogłem iść z plecakiem, lecz podejrzewałem, że po kilku latach kręgosłup wypomniałby mi to dokuczliwym bólem. Dlatego poszukałem w Internecie informacji o innych dalekobieżnych piechurach i ich rozwiązaniach tego problemu. Większość z nich pchała albo ciągnęła wcześniej przygotowany, specjalny wózek. Kiedy zaczynałem pieszą część tej wyprawy w Panamie, nie miałem jednak ani czasu, ani środków, aby taki przygotować.  Na szczęście na jednej z aukcji internetowych znalazłem model na miarę moich marzeń i możliwości – dziecięcy wózek przystosowany do joggingu i spacerów górskimi szlakami. To na nim umieściliśmy nasze plecaki z najpotrzebniejszymi ubraniami, kosmetykami, śpiworami i elektroniką. Znalazło się też miejsce na jedzenie, wodę, namiot i podstawowe narzędzia do ewentualnej naprawy wózka. Wszystko zabezpieczone plastikową folią. Do tego zaopatrzyliśmy się w gaz pieprzowy, nóż, a w Stanach Zjednoczonych w odblaskowe kamizelki. Rozmawialiśmy o tym, jak powinniśmy reagować w sytuacji zagrożenia. Całą naszą trasę rejestrowaliśmy również w aplikacji Endomondo, aby nasi wyznaczeni do tego znajomi w Polsce mogli na bieżąco śledzić nasze położenie i reagować, gdybyśmy potrzebowali pomocy, albo gdyby stracono z nami kontakt.

Przygód pewnie nie brakowało. Co Was spotkało podczas tej pieszej wyprawy?
Aleksandra Synowiec: Nie mieliśmy jakichś ekstremalnie niebezpiecznych przygód, podczas wędrówki nie spotkała nas nigdy żadna forma przemocy. Bardzo o siebie dbaliśmy i staraliśmy się spać zawsze w bezpiecznych miejscach: w mniejszych miejscowościach i wsiach pytaliśmy o zgodę na rozbicie się na terenie kościoła albo w okolicach ratusza lub posterunku policji. W większych miastach, gdzie jest niebezpieczniej, nigdy nie spaliśmy w namiocie, korzystaliśmy z hotelu i gościny znajomych, znajomych znajomych oraz społeczności CouchSurfing czy WarmShowers. Ale dochodząc do miejscowości Acatlán de Osorio w Meksyku okazało się, że wszystkie miejsca w hotelach są zajęte. Było to w końcu Święto Zmarłych! Zrezygnowani udaliśmy się pod cmentarz, gdzie w najlepsze trwała fiesta z okazji Día de Muertos.
Usiedliśmy przy stoisku z tacosami i opowiedzieliśmy sprzedawczyni o naszych problemach ze znalezieniem noclegu. "Ale to żaden problem, rozbijcie się tutaj" – powiedziała, wskazując na miejsce przy swojej prowizorycznej jadłodajni. "Jak to, tutaj? Pośrodku fiesty?" – zapytaliśmy zdziwieni. Obok jej stoiska przelewał się tłum. "My też będziemy tutaj na zmianę spać. Ruch przed cmentarzem będzie do jutra rana, więc kilka osób z rodziny będzie pracować, podczas gdy inni będą odpoczywać" – odparła. W ten sposób spędziliśmy noc przed cmentarzem, w samym środku trwającej tam fiesty z okazji meksykańskiego Święta Zmarłych. Namiot rozstawiliśmy między stoiskiem z tacos a sprzedawcami kwiatów i zniczy. Ta noc była to magiczna! Rodziny, czuwające nad grobami przez całą noc, zapraszały nas na tequilę i coś do jedzenia. Był też niezwykły, typowy dla tej miejscowości taniec w tradycyjnych maskach. Z kolei następnego dnia rodzina sprzedająca tacos zaprosiła nas na nocleg do siebie do domu. Po wyjściu od nich na trasie doganiał nas jeszcze senior rodu, by zaprosić na śniadanie lub obiad w jakimś przydrożnym zajeździe.

A co Was zaskoczyło najbardziej?
Arkadiusz Winiatorski: Myśleliśmy, że największe zagrożenie będzie czyhać ze strony ludzi i dzikich zwierząt pokroju niedźwiedzi, kojotów czy węży, ale wróg okazał się znajdować się w ciele z pozoru niewinnych zwierzątek. Jednego dnia na pustyni w Meksyku mieliśmy bardzo nieprzyjemne spotkania z… bezdomnymi psami i kotami. Rano, gdy opuściliśmy namiot zaledwie na 5 minut, bezdomny kot "zaopiekował się" naszymi zapasami jedzenia na najbliższe trzy dni. Jeden malutki kotek!
Aleksandra Synowiec: Tego samego dnia wieczorem, nauczeni już doświadczeniem, zabezpieczyliśmy już jedzenie, ale okazało się, że bezdomnemu psu smakowitym kąskiem wydał się… nasz śpiwór. Chwycił go w zęby i uciekł w ciemną wieś. I tyle go widzieliśmy! Najgorsze, że nie było żadnego miejsca, gdzie mogliśmy kupić nowy śpiwór, a było za to wiele zimnych nocy na pustyni. Na szczęście rano, wcieliłam się w psiego detektywa, obszukałam wszelkie pustynne chaszcze i... śpiwór się znalazł. Ten dzień był generalnie bardzo ciężki, bo nie dość, że szliśmy przez pustynię, to jeszcze po drodze Arek miał problemy żołądkowe, a na koniec dnia wjechaliśmy w połać malutkich, niewidocznych na pierwszy rzut oka kaktusów. Poprzebijały nam opony wózka tak, że wyglądały jak durszlak!
Arkadiusz Winiatorski: W USA, gdzie nie ma praktycznie bezdomnych psów i kotów, największym problemem okazały się być z kolei mewy i wiewiórki. Ci cwani złodzieje wykorzystywali każdy moment naszej nieuwagi, by dobrać się do naszego jedzenia. Do tego dochodziły kleszcze, których w tym roku w Stanach był urodzaj. Raz, po krótkim, kilkuminutowym spacerku przyniosłem na nogach kilkanaście kleszczy! To ograniczało nam bardzo możliwości noclegowe – zwykłe rozbicie namiotu w lesie stawało się nagle nie lada niebezpieczeństwem.

Co było celem dodatkowym podróży? O ile taki był.
Aleksandra Synowiec: Przede wszystkim poznawanie ludzi! Nigdy nie chodziło o czysto sportowe osiągnięcia. Chcieliśmy zobaczyć, kim są ludzie po tej stronie oceanu, posłuchać o ich codziennym życiu i ich problemach. Nasz pieszy sposób podróżowania okazał się być pod tym względem idealny. Musieliśmy robić przystanek na nocleg co 40 kilometrów, więc siłą rzeczy zatrzymywaliśmy się w wielu miejscowościach, gdzie nie staje praktycznie nikt. Mieliśmy czas, żeby usiąść pod sklepem i porozmawiać z miejscowymi, którzy sami często zbiegali się z całej okolicy, żeby nas poznać. Poza tym kiedy się idzie, można nawiązać kontakt z mijanymi ludźmi. Takiej możliwości nie ma przy jeździe samochodem lub jest ona mocno ograniczona, gdy porusza się rowerem. Ucinaliśmy sobie pogawędki z pasterzami, rolnikami na polach i sprzedawcami na ulicznych stoiskach. To właśnie te niespodziewane spotkania pokazały nam, jakie tak naprawdę są Ameryki.

Teraz zmieniacie kontynent. W 2020 roku planujecie już wędrować Polsce. Dlaczego tym razem Europa?
Arkadiusz Winiatorski: W którymś momencie zdałem sobie sprawę, że te trzy lata podróży sprawiły, że znam lepiej Ameryki niż swój własny kraj. Dlatego tym razem zdecydowaliśmy, że w następną pieszą podróż ruszymy wokół Polski. Chcemy odkryć na nowo piękno naszego niesamowitego kraju. Jesteśmy też ciekawi, jak się chodzi po Polsce i jak wypadnie ona w porównaniu z krajami, przez które już szliśmy. Czy Polacy okażą się równie otwarci i serdeczni co Latynosi?

A co jeszcze jest celem wędrówki w tym przypadku?
Aleksandra Synowiec: Oprócz poznania lepiej naszego kraju, chcemy również promować chodzenie, które według nas jest lekarstwem na wiele problemów dzisiejszego świata. Nie tylko jest zdrowe dla naszych organizmów, ale też zdrowe dla świata. W czasach, kiedy tyle się mówi o śladzie węglowym, który zostawiamy podróżując samolotem czy samochodem, poruszanie się pieszo jest świetną, ekologiczną alternatywą. Chodzenie daje też zbawienne wyciszenie, szczególnie w czasach szumu informacyjnego, który nas otacza. Pozwala na nowo odnaleźć łączność z naturą, otaczającym światem i sobą samym. Chodząc widzimy więcej. Dlatego, by jeszcze skuteczniej przekonać Polaków do tej formy podróżowania, chcemy zaprosić ich do przyłączenia się na wybrane odcinki naszego marszu wokół Polski. Chodźmy razem!

Ale jest jeszcze i inna idea tego marszu...
Arkadiusz Winiatorski: Tak, chcemy odwdzięczyć się za całe dobro, które miało miejsce w spotkaniach z ludźmi w Amerykach. I dlatego chcemy tym razem iść też charytatywnie – dla tych, którzy chodzić nie mogą. Będziemy po drodze zbierać pieniądze dla dzieci z rdzeniowym zanikiem mięśni. Przy okazji też opowiadać o naszej podróży w domach kultury i  innych placówkach kulturalnych, a zarobione w tej sposób pieniądze przekażemy trójce podopiecznych fundacji Zdążyć z Pomocą. Po drodze – we współpracy z Fundacją SMA - będziemy też promować o wiedzę o tej genetycznej chorobie.

A trasa – którędy będzie przebiegać?
Aleksandra Synowiec: Idziemy generalnie wzdłuż granic Polski, odbijając czasem o kilkadziesiąt kilometrów, by zobaczyć interesujące miejsca lub skorzystać z zaproszeń osób, które chcemy poznać. Przede wszystkim chcemy jednak wstępować do mniejszych miejscowości oraz wsi i poznawać lepiej ich mieszkańców. Będziemy tam odwiedzać szkoły i domy dziecka, opowiadając o naszych pieszych podróżach. Zahaczymy też o kilka festiwali podróżniczych oraz - koniecznie - o nasze ukochane miejsca na festiwalowej mapie Polski: Pol’and’Rock Festival, dawny Woodstock, przy którego organizacji w Pokojowym Patrolu przez lata pracował Arek, oraz lipcowy festiwal w Wolimierzu, moim ukochanym miejscu na ziemi.

To kiedy startujecie?
Arkadiusz Winiatorski: Wracamy do Polski z Meksyku jakoś w marcu i będziemy się ruszać już po Wielkanocy spędzonej z rodziną. Naszą pieszą podróż zaczniemy zatem w połowie kwietnia i dajemy sobie na nią jakieś pół roku. Do zobaczenia na którejś z polskich dróg!