O, tym o co dzieje się tam nieoficjalnie pisze jeden z dyrektorów Robert O. (nie ujawnia pełnego nazwiska) w książce "Hotel z piekła rodem". Z powodów osobistych sam został zmuszony, by wynająć jeden z pokojów w zarządzanej przez siebie placówce; "gdzieś pod Warszawą".

Reklama

Nago w wyścigu z gaśnicami

Wszystkie historie opowiedziane w tej książce wydarzyły się naprawdę. Wierzcie lub nie - zastrzega Robert O. już na wstępie. Po czym przytacza relacje swoich pracowników dotyczące gości znajdujących się pod wpływem alkoholu i/lub narkotyków. A ci załatwiają potrzeby fizjologiczne do wanny, zlewu, na podłogę czy np. z okna 12 piętra ("Kobieta wypadła, zginęła na miejscu"). Śpią pod drzwiami swojego pokoju nago ("Ubrania, pozwijane i poprzewijane na drugą stronę, leżały wszędzie wokół"). Ganiają po korytarzach z odpalonymi gaśnicami. Gubią dzieci podczas chrzcin ("Wiecie co zrobili, jak się dzieciak znalazł? Tak się ucieszyli, że zamówili pizzę z jakieś sieci"). Zawsze są głośni („Ryczą jak łosie w okresie godowym”). Niektórzy kładą się nieprzytomni na chodniku przed hotelem, inni czołgają się po ulicy, a jeszcze inni wyją do księżyca lub np. wymiotują na wyścigi w windzie.

Jeden z typów podobno narzygał sobie do poszewki, na której później spał – dodaje inny z pracowników.

Ale bywa też, że goście wyskakują nago przez okno – po spotkaniu z prostytutką w ten sposób uciekają przed żoną. Albo np. organizują – podczas przyjęcia weselnego – orgie na basenie. Nazywane potem "zamknięte pool party”.

Pozew radnego na fakturę

Inna kategorią są z kolei goście, które na każdym kroku podkreślają to, kim są ("Wiedziałam, że jest radnym, bo cały czas to powtarzał, jakbyśmy były głuche, albo głupie. Jestem radnym, co Pani dziś poleca?, Przepraszam, jestem radnym, w mojej zupie jest włos" – to już kolejna relacja.).

A jeszcze inną ci, którzy doszukują się dziury w całym i skarżą np. na rozmiar ziemniaków („Skończyło się na mailu i groźbie pozwu sądowego mówiącego o oszustwie”) lub oskarżają pracowników o kradzież. Tak, choćby parasolki.

Najgorsi są jednak, jeśli wierzyć historiom pracowników hoteli, ci z portfelami. Lekarze, prawnicy, biznesmeni. Dlaczego? Bo proszą o wystawienie faktury za imprezę okolicznościową, by mogli ją wrzucić w koszty a to gabinetu lekarskiego, a to np. kancelarii.

Reklama

Syndrom wielkich panów i władców

Skąd to wszystko? Czym to tłumaczyć? Zdaniem pracowników hoteli, z którymi współpracował Robert O. powód jest jeden: w hotelach ludzie nie udają.

Są poza domem, chcą odreagować, chcą się zabawić, czują się bezkarni, czasami włącza się im syndrom wielkich panów i władców, bo płacą to wymagają. W domu czy w firmie by tak nie zrobili, ale potrzeba odreagowania leży przecież w ludzkiej naturze - tłumaczy.

Polska, jak zastrzega, ma być jednak pod tym względem wyjątkiem. Kiedy pracował i uczył się w Stanach Zjednoczonych najdziwniejszym gościem hotelowym był mężczyzna, który straszył recepcjonistki z prześcieradłem narzuconym na plecy.

Naćpany jak bela. Był środek nocy, a on chował się za filarami i wyglądał zza nich w taki sposób, że było widać tylko fragment czoła i oczy. Przerażające. Prowokował nas. Później goniliśmy go, a on uciekał, wrzeszcząc – przypomina sobie.