Anna Sobańda: Dlaczego uciekłeś z Warszawy na wieś?

Artur Kot: Po pierwsze dlatego, że bardzo dużo wyjeżdżałem, pojawiałem się w domu dosłownie na chwilę raz na kilka miesięcy i utrzymywanie mieszkania w Warszawie przestało mi się opłacać. Postanowiłem więc je wynająć i przenieść się na wieś. Zaczął mnie też męczyć zgiełk miasta i pomyślałem, że jeśli mam do wyboru to, albo naturę, to wybieram naturę. W mieście kontakt z przyrodą ogranicza się do chodzenia do parku, a na wsi mam ją na wyciągnięcie ręki.

Porzuciłeś też pracę za burkiem

Tak, byłem kiedyś kierownikiem produkcji w dobrej agencji fotograficznej, która reprezentowała zagranicznych fotografów na polskim rynku. Miałem więc okazję współpracować z naprawdę wielkimi nazwiskami w tej branży. Pracowałem tam 4 lata, produkowałem sesje do naprawdę wielkich kampanii marketingowych. Lataliśmy na spotkania do Nowego Jorku, Paryża, czy Londynu.

Co ci się przestało podobać w tej pracy?

Ogólnie mówiąc, ciągłe napięcie związane z funkcjonowaniem korporacji. Ja chciałem być wolny. Często siedząc na takich spotkaniach, na które przylatywali znani fotografowie zastanawiałem się, czemu ja nie zajmuję się tym, co oni, przecież też robię zdjęcia. Dlatego odszedłem i zacząłem robić coś, co mnie naprawdę kręci

Czyli zrobiłeś z pasji swój zawód?

Poniekąd tak. Zacząłem współpracować z magazynami i portalami podróżniczymi. Ostatnio zrobiłem w Travel Channel program „Patent na podróż”.

Czym jest dla ciebie podróżowanie?

Przede wszystkim odkrywaniem i poznawaniem ludzi. Najchętniej takich, którzy zajmują się czymś, co odchodzi w niepamięć. Na przykład w Hiszpanii poznałem mężczyznę, który remontuje stare wiatraki, zresztą między innymi dokładnie te, które pojawiają się w książce Cervantesa. Poza nim, nikt już tego nie robi. Byłem też na Kihnu – estońskiej wyspie kobiet, której mieszkanki nadal ubierają się jak własne prababki. W Uzbekistanie zaś spędziłem trochę czasu rozszyfrowując wzory na starych uzbeckich, turkmeńskich i baszkirskich dywanach. Takie rzeczy mnie kręcą.

Można pomyśleć, że drzemie w tobie dusza romantyka

Chyba tak. Zawsze interesowały mnie tajemnice, rzeczy z przeszłości. W podróży wszystko zależy od tego, jakie nałożysz sobie szkło na rzeczywistość. Świat można podziwiać zza płotu hotelowego ogródka, ale można też trochę się postarać i samemu zafundować sobie coś ciekawego. Ostatnio odbyłem na przykład piękną podróż do Maroka. Byłem miejscowości As-Suwajra, gdzie znajduje się warowny port nad oceanem. W tej miejscowości mieszkają głównie rybacy, którzy zaczęli malować obrazy. Odkrył ich duński handlarz sztuki i wypromował na tyle, że dziś ci rybacy mówią, że nie chcą już łowić ryb, tylko będą zajmować się sztuką. Pojechałem tam i robiłem z nimi wywiady. Ja ogólnie mam alergię na turyzm. Dlatego staram się szukać czegoś z dala od turystycznych atrakcji i najbardziej cieszą mnie spotkania z autentycznymi ludźmi.

Podróżujesz w różne zakątki świata, zastanawiasz się nad kwestiami bezpieczeństwa?

Teraz jadę do jednego z krajów arabskich na Bliskim Wschodzie i po raz pierwszy się nad tym zastanawiam. W Maroku nawet mi przez myśl nie przeszło, że może być niebezpiecznie. Bałbym się chyba pojechać do Brazylii, gdzie zdarzają się napady z bronią. Nigdy nie byłem fotografem wojennym, nie ciągnęło mnie w rejony konfliktów, więc raczej się nad bezpieczeństwem nie zastanawiałem.

Nigdy nie bałeś się w podróży?

Tylko raz miałem taką sytuację, kiedy weszliśmy z kumplem do niewłaściwej knajpy w Meksyku. Byliśmy tam jedynymi gringo, wszyscy odwrócili się w naszym kierunku, rzucili nam wrogie spojrzenia i wiedzieliśmy, że musimy stamtąd jak najszybciej wyjść. Nie było to jednak takie proste, bo natychmiast nas obskoczyli. Myślałem, że stamtąd nie wyjdziemy, ale na szczęście wszystko skończyło się dobrze.

Nie pociąga cię niebezpieczeństwo?

Absolutnie nie. Bardziej interesują mnie ludzie i kultury, a szczególnie te, które zanikają. Zwłaszcza, że to ostatni moment, żeby wiele z nich poznać w autentycznej odsłonie, bo za chwilę zrobią się z tego turystyczne wydmuszki. Nawet na tej ukrytej gdzieś na środku Bałtyku Kihnu już zaczyna się tak robić. Przyjeżdżają ludzie i pytają, gdzie są te baby w kolorowych sukienkach? A one się denerwują i mówią, że założą tradycyjne stroje, jak będą miały na to ochotę. Dlatego tak cieszy mnie, kiedy uda mi się dotrzeć do autentycznych miejsc i ludzi, odkryć coś prawdziwego. W Maroku na przykład szukałem bajarza. Kiedyś było ich tam całkiem sporo. Historie opowiadali zawodowo, niestety z czasem ta profesja zaczynała zanikać, bo nikt nie chciał już słuchać. Za punkt honoru postawiłem sobie, że znajdę takiego gościa.

Udało ci się?

Tak. Jest już w Maroku tylko trzech bajarzy i udało mi się dotrzeć do jednego z nich. On zna historię na każdy temat i o każdej rzeczy. Przez całe Maroko jechałem, żeby opowiedział mi bajkę. I takie są właśnie te moje podróże.

Jakie pamiątki przywozisz ze swoich podróży?

Stare zdjęcia (śmiech). Mam ich całą kolekcję. To są pozostałości z początków kolorowej fotografii amatorskiej, czyli lat 60-70, które ludzie wyrzucili i teraz można je kupić na pchlich targach. To są fajne historie ludzkich codzienności. Ja je kupuję, przywożę i kiedyś zrobię z nich wystawę, zatytułowaną „Wspomnienia niczyje”.

Jakie patenty pokażesz w programie „Patent na podróż”?

Patent polega na tym, żeby małym kosztem przeżyć fajną przygodę. Bo można wykupić wycieczkę all inclusive, poleżeć na plaży, dobrze zjeść i będzie pięknie. Ale żeby przeżyć coś wyjątkowego, nie wydając przy tym fortuny, potrzebny jest pomysł.

Jakie pomysły pokażesz w programie?

Na razie pojechałem do Kambodży, gdzie mieszkałem w dżungli i opiekowałem się słoniem. Przejechałem Azory autostopem. W Korei Południowej uczyłem angielskiego w kawiarence językowej, a w Hiszpanii pomagałem przy winobraniu.

Czyli w większości przypadków patent polegał na pracy?

To nigdy nie jest taka praca na sto procent. Tak naprawdę zarobiłem tylko w Hiszpanii (śmiech). Zwykle to jest jakaś wymiana. Pomagasz, poświęcasz swój czas i dzięki temu możesz gdzieś spać za darmo. Albo ładnie się uśmiechniesz, opowiesz jakąś fajną historię, a ktoś podwozi cię na drugi koniec wyspy. Jakby nie było, to zawsze pozwala zrobić coś, czego nie zaoferuje biuro podróży. Na przykład w Hiszpanii podczas winobrania mieszkałem u rodziny winiarzy. Wieczorem jadałem z nimi kolacje przy kolejnych butelkach robionego przez nich wina. To zbliża. Koreańczycy zaś, łamanym angielskim opowiadali o swoim życiu, zapraszając później na wspólne wypady na miasto. Dziki temu mogłem te miejsca poznać dużo lepiej.

Jak szukać takich patentów?

Trzeba zacząć od tego, żeby znaleźć wymarzony kierunek podróży. I jego się trzymać, bo zawsze pojawi się jakaś kusząca oferta i w efekcie często jedziemy „wszystko jedno gdzie”. A przecież z marzeniami nie jest tak „wszystko jedno”. Później polecałbym porządny reaserch, bo im więcej się dowiesz, tym lepiej uda się wyjazd. Wiedza otwiera oczy, pozwala dotrzeć głębiej. Trzeba też zostawić sobie pole otwartości na zmiany. W wyszukiwaniu prac pomagają portale typu „Work Away” lub „Anywork Anywhere”, gdzie można znaleźć jakieś zajęcie w wybranym miejscu. Tam jest pełno opcji typu pomoc przy dziecku w Japonii, albo praca przy zbiorach, czy, co widziałem ostatnio, pomoc przy budowaniu łodzi w Turcji. Żeby doświadczyć świata i bliżej poznać ludzi, zawsze warto z nimi coś robić. Ja mam też taki patent, że podróżuję sam.

Dlaczego?

Ponieważ to ułatwia nawiązywanie kontaktów z ludźmi. Kiedy byłem w Tajlandii z siostrą, spędziliśmy tam miesiąc i nikt się do nas nawet nie odezwał. Samotna podróż pozwala też poznać siebie. Nigdy nie dowiedziałem się na swój temat tyle, ile siedząc przez miesiąc w latarni morskiej na estońskiej wyspie. Bycie samemu daje niezależność, możesz robić to, na co masz ochotę. W ogóle nie wyobrażam sobie takiej podróży w grupie kilku osób, gdzie każdy o innej godzinie wstaje, o innej je śniadanie i chodzi spać. To nie dla mnie.

Jak zmotywowałbyś do takiej podróży tych niezdecydowanych? Kogoś, kto o tym marzy, czyta książki podróżnicze, przegląda blogi, ale cały czas coś powstrzymuje go przed ruszeniem się z kanapy?

Może tak, że nie znam nikogo, kto wybrałby się w podróż swoich marzeń i potem tego żałował.

Program Artura Kota "Patent na podróż" można oglądać w poniedziałki o 22.20 na kanale Travel Channel